Niedziela 21 marca
Niedzielna tłumna milonga w Złotej stała pod znakiem pożegnania Dolomitów i urodzin Kasi. Przyszło wielu naszych narciarzy tangowiczów i razem z klubowiczami Złotej świętowaliśmy urodziny Kasi. Jak się okazało urodziny i imieniny za jednym zamachem. To nie fair, Kasiu, że w ten sposób pozbyłaś nas drugiej przyjemności obtańczenia Ciebie na milondze oraz smakowania twojego ciasta - tego jednego dla normalnych i tego drugiego dla nienormalnych. Nie pamiętam, które było dla nienormalnych? To z wiśniami? Czy to drugie?
Tak czy owak, jeszcze raz życzymy Ci wszystkiego najlepszego i jak najlepszych tangowych partnerów.
JM
***
Relacja z tangowego wyjazdu w Dolomity 2010
To już trzeci dzień szaleństw i tangowych i narciarskich.
Codziennie od świtu do zachodu słońca atakujemy Dolomickie trasy. Są doskonałe warunki, choć w tym sezonie jest wyjątkowo mroźno: na tarasach jest wiatr i niska temperatura, nie da się wylegiwać na leżaczkach i podziwiać widoki przy nieskończonych bombardinos. Teraz każdy jak umie rozgrzewa się na stoku lub własnymi wynalazkami wyciąganymi spod grubych kurtek.
Tym razem nie obijam się i dzielnie zjeżdżam z całą ferajną. Tak jak rok temu i wcześniej przez cały pobyt w Dolomitach (6 dni) przejeżdżałem 90 kilometrów tras to w tym sezonie po dwóch dniach zjazdów miałem ich na liczniku już ponad 70. I dzisiaj dołożyłem kolejne.
Jeżeli chcecie na bieżąco śledzić moje postępy narciarskie - ile przejeżdżam kilometrów, jak szybko i gdzie odpoczywam po drodze, to wejdżcie na stronę http://utilizzo.dolomitisuperski.com/jsp/applet_/findTransit.jsp?ccode=it-IT i tam kliknijcie w pierwszych dwóch małych okienkach numery 11 oraz 65469. To kod mojego skipassa. Potem dwa razy verifica i będzie można zobaczyć już moje osiągi.
Dzisiaj byliśmy na krótkich trasach, które po raz pierwszy zjeżdżałem w całości na krechę. Po kąpieli i rozgrzewającym drinku za chwilę idziemy na kolację, a potem na milongę.
Jesteśmy już po występie Donny Emmy. Niestety lub stety tym razem pokaz był bardzo uładzony i bez sensacji.
czwartek g. 18
Wczorajsza milonga okazała się wyjątkowo klimatyczna. Byliśmy po niezwykle trudnej i emocjonującej trasie obfitującej w nagłe załamania pogody, wiatr, zimno, śnieg i małą mgłę. Zmęczeni wróciliśmy do Bellavisty na obiad i kolację. Najpierw odbyłą się druga część latino show night w wykonaniu Iliasa i niezwyciężonej donny Emmy. Ci, którzy byli z nami w Bellaviście dwa lata temu pamiętają jej mocno poruszające show. Byłem ciekaw, czy w tym roku zaskoczy nas swoją estetyką i luzem. Zaskoczyła. Choć muszę przyznać, że tym razem potraktowała nas nieco ulgowo. Na zdjęciach będzie widać całą resztę.
Po występach rozpoczęła się milonga. Ania z Tomkiem przygotowali piękne oświetlenie sali, ja jako Dj zagrałem bardzo dobrą klimatyczną muzykę. Sala była pełna par. Marcin szalał, dziewczyny nie miały chwili odpoczynku. I wreszcie poczuliśmy się dużą tangową grupą. Już teraz cieszę się na dzisiejszą i jutrzejszą milongę.
STOK
Najwięcej sił i energii poświęcamy jednak nartom. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale nie dajemy się. Wspomniany Marcin - fighter nad fighterów - ujeżdża wszystkie możliwe muldy na każdej trasie. Jest w tym niezmordowany. Razem z Oskarem i Amadeuszem gonimy go jak się da, choć muldom odpuszczamy. Ja w tym roku wziąłem się ostro za pokonywanie tras i chyba jestem w ścisłej czołówce przecinaków. Każdą trasę, jak się da, tnę na kreskę. Dzisiaj zdecydowałem się nawet zrobić krechę na czarnej trasie. Byłem w strachu, ale udało się. Było lżej, bo dzień wcześniej jechaliśmy po czarnej nieodśnieżonej. W kilku facetów stowrzyliśmy klub "200", to znaczy, chcemy przejechać w trakcie naszego pobytu ponad 200 km tras. Jesteśmy na dobrej drodze.
Panie nie traktują nart jako wyzwania i jeżdżą bardziej elegancko od nas, przesiadując od czasu do czasu w okolicznych barach. Choć muszę przyznać, że Krysia, Kasia, Ania, Ola i wiele wiele dziewczyn trzyma fason przez cały dzień. Myślę, że będą miały też po 200 przejechanych km.
Część z nas jeździ bez kijków; Jurek, Grzesiek i chyba jeszcze jeden mężczyzna walczą na jednej desce.
Na szczęście nie mamy strat. Tylko Oksanka lekko zwichnęła nadgarstek, ale następnego dnia już była na stoku. Jesteśmy zmęczeni, ale w taki pozytywny sposób.
Hotel
Hotel ma basen ładny i duży; ma też jacuzzi, ale wszyscy narzekają na chłodną w nim wodę. Nie chodzę do jacuzzi, to nie wiem. Czasy Szczyrkowego basenu i tamtejszego jacuzzi i tak są nie do pobicia. Choć grupa bardzo sympatyczna, to nie znaliśmy się na tyle dobrze, by bawić się razem tak wspaniale jak te kilka lat temu w Szczyrku.
Jedzenie dobre, choć z Krysią przyznaliśmy, że rok temu w Dobiacco bardziej nam smakowało. Dla mnie za mało jest warzyw rano. Kawa za slaba, a obiady i kolacje za obfite. Oczywiście, każdy może na coś grymasić, bo przecież to lubimy i nigdy wszystkim nie da się do końca dogodzić, ale uważam, że nasi gospodarze bardzo się starają.
Sobota rano
Wczoraj na kolacji był wieczór pożegnań. Po ostatnim dniu na stoku, gdzie świeciło piękne słońce, nie było wiatru, było ciepło i wszystkim dopisywał humor, wróciliśmy do hotelu zmęczeni ale bardzo radośni. Nikt nie uszkodził sobie na nartach żadnej kosteczki. Były otarcia, były wielokrotne upadki, ale wszystkie skończyły się happy endem. Na pewno duża w tym zasługa Mike'a czyli Michała z Poznania, który przez cały tydzień prowadził dla początkujących narciarzy szkółkę. Co rano przez dobrą godzinę uczył i podpowiadał, jak należy technicznie radzić sobie z nartami i stokiem. Wczoraj wieczorem został wycałowany, a zdjęcia instruktora i jego trzódki świeżo upieczonych narciarzy zasilą nasze prywatne albumy. Piękne było w tym to, że Michał sam z siebie zaproponował, że poświęci swój czas na pomoc innym.
Byliśmy też bardzo zadowoleni z naszej pilotki Pani Basi, która o niebo przebijała swoją troskliwością i ciepłem ubiegłoroczne dziewczyny, któe opiekowały się nami w Dobiacco. Także panowie kierowcy - Ryszard i Tomek - nie dość, że wozili nas bezpiecznie po krętych trasach Dolomitów, to jeszcze wspaniale dowcipkując zapełniali nas czas podróży na stok i do hotelu. Wieczorami wspólnie z nami bawili się wywijając dziewczynami na parkiecie.
Emma forever
Myślałem, że dwa wieczory, które animowała donna Emma to będzie już koniec. A tu niespodzianka. W ostatni piątkowy wieczór Emma zaszalała po raz ostatni. Jej dyżurną ofiarą byłem ja - zostałem przebrany w tyrolski strój zapachem pamiętający czasy pierwszej wojny światowej i po 10 sekundowej lekcji tańca, wykonałem popisowe duo z Emmą na parkiecie.
Wieczorna milonga
Na ostatniej milondze solenizant Grzegorz zaprosił nas na wino. Były śpiewy, toasty i tańce. Sił nie wystarczyło na długo i pół do drugiej wszyscy poszliśmy do pokojów, ku ogromnemu smutkowi najbardziej roztańczonych i wesołuch kompanek tego wyjazdu - Kasi i Kasi, Beaty i Beaty, Igi. Czasem sam się dziwiłem, skąd w nas tyle sił - i narty i tańce i wino...
Niedziela 14 marca po powrocie
Zero strat, zero złamań, zero zgubień i porzuceń - to krótki bilans szalonego tygodnia w Dolomitach. Jako spiritus movens wszystkiego czyli Alibaba dziękuję naszym 44 narciarskim rozbójnikom za bardzo radosny, przyjacielski i wyjątkowo udany wyjazd. I za bardzo miłe towarzystwo. Tym razem więcej było nart niż klimatycznego tanga, więcej mgieł, śniegu i mrozu niż słońca i ciepła, więcej kluch i makaronów niż świeżych warzyw i owoców i mniej donny Emmy w Emmie niż dotychczas.
Czekam na Wasze foty i filmy (Wojtek nie zaśpij!) i sygnał od Poznaniaków i Gdańszczan, czy szczęśliwie wrócili swoimi autami do Polski. Muszę Wam powiedzieć, że w powrotnej drodze od granicy mieliśmy juz bardzo trudne waruni pogodowe - jechaliśmy po śniegu! - i gdyby nie profesjonalizm naszych kierowców najpierw Tomka a potem Ryszarda, to moglibyśmy drżeć za nasz szczęśliwy powrót do domu.
Poniżej link do wyników:
http://utilizzo.dolomitisuperski.com/jsp/applet_/findTransit.jsp?ccode=it-IT
Wpiszcie tam swój numer ze skipassu i prześlijcie mi swój wynik (koniecznie Ola i Róża, które nie schodząc ze stoku ani na chwilę przejechały chyba po 300 km). Ranking poniżej. Ściganie się na wynik to zawsze męska dawka emocji i adrenaliny, ale jak sami pamiętacie, traktowaliśmy to z dużym przymrużeniem oka, a zabawy przy tym i ekscytacji przy codziennym sprawdzaniu przejazdów było co niemiara.
Przejechane kilometry w żaden sposób nie oddają tego, co działo się na stoku: ani upadków, ani zabaw, ani fre stylu na nie ratraktowanych bokach tras, ani jeżdżenia pod wyciągami na muldach, ani jeżdżenia na zamkniętych czarnych trasach czy w totalnej mgle, gdzie kierunki góra dół prawo lewo traciły jakikolwiek sens. Jeżeli ktoś z Was chciałbym napisać kilka słów o naszym wyjeździe, to zachęcam i czekam na relację.
Moja osobista satysfakcja z tego wyjazdu polega na tym, że w końcu najeździłem się tyle ile naprawdę chciałem i mogłem (w zeszłych latach jeździłem po 90 kilometrów przez cały 6-dniowy pobyt i w rankingu zajmowałem zawsze ostatnie miejsce)) i sprawiało mi to ogromną radość. Druga rzecz i może ważniejsza to to, że choć byłem blisko tego, to jednak nie uległem paralizującemu strachowi o własne nogi. Tańcząc tango, prowadząc szkołę, lekcje i pokazy mam głęboką świadomość, że złamanie ich to ogromny problem. I taki strach potrafi w nas samych wiele zabić, zasiać masę wątpliwości. Jak sami widzieliście na stoku, nie dałem się... :)
Jakub Milonga
PS: Do zobaczenia już w tangowym lipcu w Rajgrodzie, a za rok w marcu na nartach w Dolomitach.
Ranking kilometrów
Dolomity Cortina D'Ampezzo marzec 2010
1. Róża - 302 km
2.Ola Ciżnicka - 298 km
3. Jakub - 260 km
4. Paweł Furman - 238 km
5. Iga - 235 km
6. Kazik Karolak - 235 km
7. Amadeusz - 231 km
8. Magda Urban - 212 km
9. Oskar Kapala - 195 km
10. Andrzej Głowacz - 194 km
11. Kasia Kapala - 187 km
12. Monika Mocek - 182 km
13. Ryszard Kołodziej - 180 km
14. Julia - 178 km
15. Kasia Walkiewicz - 173 km
16. Jurek - 173 km
17. Marcin - 167 km
18. Ewa Iskierka - 165 km
19. Ewa Głowacz - 154 km
20. Ania Roxy - 149 km
21. Ola Michałek - 108 km
22. Beata Kowalska - 86 km
23. Beata Kołodziej - 61 km
24. Beatka Bożenka - 57 km
...
c.d.n
Magiczne 300 kilometrów pękło za sprawą Róży!!! Gratulacje!
Jak widać dziewczyny wcale nie ustępowały pola panom i dzielnie sobie dawały radę, bijąc nas na stoku o dwie długości nart. Bezkonkurencyjna okazała się Róża (65500) i Ola (65518), które wygrały naszą zabawę w kilometry. Różą i Ola, szacun dla waszej narciarskiej wytrwałości! Z drugiej jednak strony na obronę naszych wyników też trzeba powiedzieć, że panowie często jeździli z paniami mniej zaawansowanymi narciarsko dotrzymując im miło towarzystwa na stoku i w restauracjach, hi,hi,hi.... Z kolei inna grupa panów z Marcinem Mirosławem na czele, nudząc się narciarsko na dość prostych stokach (większość tras to polskie niebieskie lub słabe czerwone i może jedna, góra dwie trasy naprawdę czarniawe), wybierała trasy trudne techniczne - muldy pod wyciągami - lub jeździła poza trasami czy na odcinkach zamkniętych i nie odśnieżonych.