Moja przygoda z tangiem argentyńskim zaczęła się 16 lipca 2007 roku, kiedy znany nam wszystkim Jakub rozpoczął kolejną edycję wakacyjnego kursu tanga.
Wówczas moje wyobrażenie o tangu w zasadzie ograniczało się do La Cumparsity
z „Pół żartem, pół serio” no i róży w zębach.
Nie miałam wtedy specjalnie wyszukanych oczekiwań, co do tanga, jakichś konkretnych planów, nie wiedziałam też jak długo wytrwam na kursie. Teraz już wiem, że wytrwałam
i właśnie sobie uświadomiłam, jakże wiele przez ten rok u mnie się zmieniło!
Decyzję o wyjeździe do Rajgrodu podjęłam pod wpływem impulsu. Tak czasem mi się zdarza. Tu przyznam szczerze i otwarcie: nie miałam pomysłu na spędzenie wakacji, ale wiedziałam, jak bardzo jest mi potrzebny dłuższy urlop, więc ten wyjazd wydał mi się jak najbardziej trafiony. Co do pobytu w Rajgrodzie nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań, nie bardzo wiedziałam też, kto ze znanych mi osób ostatecznie zdecydował się na warsztaty.
Od początku miałam tylko dwie wiadome: z kim będę chodzić na zajęcia i z kim będę mieszkać w pokoju i tak naprawdę były to dla mnie wystarczające informacje.
Poza tym, jakiś czas temu pracowałam w BGŻ, znałam więc Knieję bardzo dobrze i uznałam, że miło będzie tam wrócić po jedenastu - dwunastu latach w zupełnie innej roli.
Nasza grupaWśród kilkunastu osób, które zaczynały tańczyć rok temu aż siedem było w Rajgrodzie: Małgosia, Marta, Małgosia i Andrzej, Michał, Robert i ja. Ale warto zauważyć, że do tej pory z tamtej grupy systematycznie tańczy jeszcze co najmniej kilka osób i uważam to za bardzo dobry wynik.
Na warsztatach z Paulą i Mariano utworzyła się nowa „nasza grupa” - grupa B, w której znalazły się także osoby ze Złotej Milongi, które tańczyć zaczynały nieco wcześniej lub nawet później – Małgosia i Marek, Ania i Paweł oraz Marek, Asia i Ryszard, Ola i Jacek
i dwie pary spoza Warszawy – Renata i Zbyszek z Wrocławia oraz Patrycja i Paweł
z Krakowa. W sumie na zajęciach było 10 par.
W Rajgrodzie, oprócz „naszej grupy” uczestniczyły jeszcze dwie inne grupy – początkująca,
z którą zajęcia prowadzili Jakub ze Stefanią oraz druga grupa, zaawansowana.
Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w udziale w warsztatach z parami argentyńskimi, acz w kilku na przestrzeni minionego roku uczestniczyłam. Jakimś punktem odniesienia dysponuję, choć z porównaniami trzeba uważać, bo na pewno inaczej uczestniczy się
w warsztatach w miejscu swojego zamieszkania, z troskami dnia codziennego w tle, a inaczej będąc jednak na wakacjach.
Uczestniczyliśmy w sumie w 19 lekcjach co, jak zauważył Robert, odpowiada prawie pięciu miesiącom kursu stacjonarnego z jedną lekcją w tygodniu, a to robi wrażenie. Poza tym, ten dwutygodniowy, kompaktowy kurs był naprawdę intensywny fizycznie.
W sumie, na każdej z lekcji poznawaliśmy mniej więcej po trzy korki podstawowe, które okraszane były różnymi modyfikacjami. Kroki były systematycznie powtarzane na kolejnych zajęciach i w efekcie chyba wszyscy potrafilibyśmy je powtórzyć, a czy też zatańczyć będzie się okazywało na milongach. Każda lekcja kończyła się pokazem kroków prezentowanych na danej lekcji z możliwością ich nagrania. Powtarzane były wersje wolne i z przyspieszeniami, także podstawowe kroki, ale w różnych kombinacjach i dodatkowo z ozdobnikami. Tak naprawdę materiał do wytańczenia i tworzenia nowych modyfikacji jest przeogromny i będzie co tańczyć. Wystarczy tylko przyswoić J, to znaczy wydeptać te setki, a nawet tysiące powtórzeń. Z punktu widzenia Pań mogę też stwierdzić, że wszystkie kroki są interesujące,
i dają nam ogromne możliwości ładnego i atrakcyjnego wyglądania w trakcie tańca
i wystarczy, aby nasi panowie się starali i je czytelnie prowadzili.
Moją uwagę zwróciły też odtwarzane w trakcie zajęć nieznane mi do tej pory utwory - tanga, milongi i walce, a Carnival, wykorzystany także w trakcie pokazu będzie mi zawsze kojarzył się z tym wyjazdem.
Paula i Mariano
Spotkali się trzy lata temu na jednej z milong w Buenos Aires, oboje po rozstaniach ze swoimi tangowymi partnerami i postanowili tańczyć razem. Paula jest trochę starsza od Mariano, a piszę o tym nie bez powodu, bo ulubionym powiedzeniem Mariano było „Man is the boss!”, ale chyba nikt z uczestników nie miął wątpliwości, kto w tym duecie jest faktycznym szefem (sic!).
Warsztaty z Paulą i Mariano to była wielka przyjemność. Z kilku powodów.
Mnie przekonywało budowanie napięcia tangowego, a mam na myśli kolejność
i intensywność, z jaką prezentowane były kroki na lekcjach. Chyba nikt z naszej grupy nie zapomni przedostatniej lekcji, na której zapowiedziane zostały jedynie powtórzenia, co spotkało się z lekkim rozczarowaniem ze strony uczestników, bo oczekiwaliśmy nowych kroków, po czym zrobiliśmy ćwiczenia pod kątem ocho rotado, a następnie zaczęliśmy ćwiczyć ten krok w trzech różnych wersjach: włączając w to tylną sacadę partnerki, wyjściem do giro oraz gancho. Wszyscy osłupieliśmy! Wyćwiczenie tych kroków dostaliśmy do odrobienia jako nasze zadanie domowe! Ciekawe tylko, kiedy to sprawdzą?
W sytuacjach, gdy nie wychodziły jakieś figury, mieliśmy z czymś problem, okazywało się, że mały trick w prowadzeniu partnera na który zwracał uwagę Mariano, typu właściwe postawienie nogi, rama, sygnał dawany przez mężczyznę klatką piersiową (!) czy dysocjacja rozwiązywał problem. Jednoznaczne i precyzyjne uwagi, bardzo ułatwiały tę ciężką pracę fizyczną. Oboje podchodzili do par sami, albo byli proszeni. Różnie bywało, ale zawsze
z rozwiązaniem problemu. Dawali takie magiczne uwagi.
Poza tym, sposób prowadzenia zajęć, optymizm, pozytywna energia, pogoda ducha i poczucie humoru obojga nauczycieli zasługuje moim zdaniem na wielkie uznanie. Te zajęcia to była prawdziwa frajda!
Do kanonu tych lekcji weszło pytanie zadawane po polsku przez Mariono „Pytania? Nie pytania!”, czy mówione po hiszpańsku „bueno” i „eso”, bo zdarzały się też pochwały. No
i charakterystyczne gesty Pauli, która z wrodzonym sobie wdziękiem kciukami oceniała nasze postępy: unosiła je w dół, bądź w górę, a czasem zatrzymywała w pozycji neutralnej. Niekiedy, gdy pokazywała jak np. nie należy stawiać stóp kręciła przecząco głową
i rozkładała na boki i krzyżowała ręce i dłonie, z uniesionymi do góry wskazującymi palcami.
Na jednej z lekcji Mariano z Paulą powtarzali wcześniej prezentowane kroki, pytając nas, czy już wszystkie zostały pokazane. I nagle Marek przypomniał sobie i pokazał krok, który reszcie jakoś umknął. Gdy Mariano zatańczył go z Paulą i zapytał „This step?” wszyscy chórem krzyknęliśmy po polsku „O, to, to ,to” i tak zapomniany krok zyskał nową, oryginalną nazwę „to, to, to”.
Moim ulubionym krokiem stał się milongowy, o skorupiaczej nazwie krab, którego nauczyliśmy się z Robertem i już nawet zaczynamy tańczyć - partnerzy tańczą naprzeciwko, wyjście partnerki lewą nogą do tyłu z przyspieszeniem, pivot na prawej stopie w prawo, partnerzy od tego momentu tańczą obok siebie, partnerka nieco przed biodrem partnera
i wychodzą pod kątem 90 st. równoległym krokiem do prawego boku. (Ciekawe, czy wg mojego opisu uda się to komuś zatańczyć ;-). Natomiast w tangu to krok, w którym partner stojąc w rozkroku prowadzi wysuniętą w swoim kierunku nogę stojącej naprzeciwko siebie partnerki…ku górze. Na lekcji oraz practicach było z tym krokiem sporo wesołej zabawy. Zauważyłam też z rozczarowaniem, że nasi panowie jakoś unikają jego prowadzenia ;-).
Elegancja, gracja, wdzięk, lekkość, wręcz idealne zgranie. Takie słowa przychodzą mi do głowy na określenie pokazu Pauli i Mariano. Wszyscy, którzy widzieli na żywo ten pokaz wiedzą, że efekt był zdumiewający i zrobił na publiczności ogromnie wrażenie, a ci, którzy go nie widzieli muszą zadowolić się nagraniami opublikowanymi w internecie, choć zapewniam, że to tylko słaba namiastka.
Przy okazji pokazu Paweł powiedział w pewnej chwili ” Mam poczucie, że my tu,Jak przyznałam na początku nie miałam specjalnych oczekiwań co do tego wyjazdu, ale to co się wydarzyło przeszło moje najśmielsze oczekiwania i przyznaję to bez najmniejszej przesady.
Wielu ludzi, zwłaszcza z tej samej grupy od Jakuba spotykałam systematycznie od przeszło roku. I uświadomiłam sobie, że tak naprawdę znaliśmy się… tylko z widzenia. Zajęcia raz czy dwa razy w tygodniu i nawet milongi jakoś nie sprzyjają wchodzeniu w bliższe relacje
z ludźmi z tanga, choć wspólnie spędzonego czasu w tym okresie było naprawdę bardzo dużo.
Z koleżankami nie jest łatwo nawiązać bliższy kontakt, bo jednak gdzieś w tle czai się duch rywalizacji; z kolei z panami się tańczy, ale na dłuższą rozmowę w czasie cortiny nie ma czasu. Zmierzam do tego, że pomimo intensywnych i częstych kontaktów jednak bardzo mało o sobie wiemy. Może niektórzy się z tym nie zgodzą, ale takie są moje odczucia.
W trakcie pobytu w Rajgrodzie, oprócz tanga, mieliśmy czas na wspólne rozmowy, zabawy, żarty, ale też na odpoczynek. Dla mnie to było wielkie odkrycie, bo spędzałam ten czas
w gronie wspaniałych, ciekawych i bardzo interesujących ludzi. Tango nas wszystkich łączy, ale oprócz tanga mamy swoje radości, ale też troski, nawet zawiłe sytuacje życiowe. Sporo się dowiedziałam, dużo się nauczyłam i bardzo polubiłam tango, także od tej ludzkiej, a nie tylko tanecznej strony.
Myślę, że w tym miejscu należy się szczególne podziękowanie Małgosi i Markowi za aktywność i inicjatywę w dekorowaniu sali i przygotowywaniu prezentów dla Pauli
i Mariano, Marcie za jej kunszt, styl artystyczny i dekoratorski, Małgosi i Markowi za napisanie życzeń i ich tłumaczenie, ale taż Ryszardowi, który robił nam zdjęcia, gdy sam nie tańczył, no i Jakubowi za to, że miał pomysł na wyjazd i go zrealizował.
Zachody i wschody słońca, księżyc w pełni i deszcz w Kniei nad jeziorem Rajgrodzkim. Warto było, dlatego Marcie, z którą mieszkałyśmy w pokoju, Monice Blauth, z którą spędziłyśmy dużo czasu, Robertowi, z którym tańczyliśmy, „naszej grupie” i wszystkim
z towarzystwa tangowego, którzy byli obecni w Rajgrodzie dziękuję za wspaniałe, wspólnie spędzone wakacje!
Pewnie można było niektóre sprawy zorganizować lepiej, pewnie można było inaczej. Co poprawić w przyszłości – wiadomo, ale to są tylko sprawy techniczne, bez większego znaczenia w tej chwili. Dla mnie osobiście był to w pełni przeżyty czas!
Agnieszka Jaworska