W ostatni weekend byliśmy na tangowym festiwalu w Pradze. Sam wyjazd do tego miasta jest już interesujący. Połączenie tego z wieczornymi milongami daje efekt w dwójnasób przyjemny.
Pogoda nie dopisała, ale nasza 7 osobowa grupka miała okazję powłóczyć się po praskich ulicach, a w niedzielę w przepięknie położonej polskiej ambasadzie zagłosować nawet w wyborach na prezydenta (jak widać po wynikach pierwszej tury, prezydentem zostanie kandydat na literę K). W Pradze czasem czuliśmy się jak w czeskim filmie i przez to było zabawnie. Spotkały nas same miłe przygody i z całą pewnością ogromny wpływ na to miała pozytywna atmosfera jaka panowała w naszej grupce. Udało nam się doskonale dobrać i cały weekend przeżyliśmy w radosnym nastroju.
Jednak to festiwalowe milongi były naszym głównym celem przyjazdu do Pragi. Z warsztatów i practic z góry zrezygnowaliśmy, by mieć więcej sił na nocne tango.
***
Każdy z wieczorów odbywał się w innym miejscu i miał przypisany mu kolor: czarny, biały, czerwony i złoty. Mnie osobiście najbardziej podobała się milonga złota (Złota Milonga), bo miejsce były najbardziej urokliwe, a sam kolor nie determiował tak mocno wieczoru jak biel i wcześniejsza czerwień. Pomysł z kolorami świetny i warto, by organizatorzy powtórzyli go za rok. Może inne kolory? Albo inne tematy?
Miejsca były dobrze dobrane i ciekawe, sale w zabytkowych pałacach lub w nowoczesnych miejscach. Tłum na parkietach przez cały wieczór, więc umiejętność tańczenia "do środka" jak najbardziej pożądana, zaś arsenał wypasionych figur czy figur nuevo kompletnie nieprzydatny. Minusem piątkowej milongi było jedynie to, ze odbywała się na kilku salach a nie na jednej. Na piątkowej i sobotniej milondze występowały zespoły: w piątek Sin Rumbo, w sobotę Sexteto Milonguero.
Pierwszy z tych zespołów zrobił na mnie pozytywne wrażenie. I tyle. Drugiemu chciałbym poświęcić chwilę uwagi. Niedawno Ella Beso pożyczyła mi ich płytę. Przesłuchałem ją uważnie, lecz nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Kilka utworów nadawało się do tańca, pozostałe - jak to zwykle bywa z obecnymi tangowymi orkiestrami i ich wykonaniami - raczej do słuchania. Natomiast to co zobaczyłem na żywo zrobiło na mnie o wiele bardziej pozytywne wrażenie. Przede wszystkim zasługa to śpiewaka. O jego fizis nie będę się rozpisywał, bo przed 48 godzin nasłuchałem się o tym od moich koleżanek tyle, że wystarczy mi na długi czas, warto jednak zwrócić uwagę na jego głos (to on wciągnął mnie na parkiet, gdy wchodziłem do budynku milongi) oraz jego naturalne zachowanie w czasie koncertu, które rozgrzało publicznoś do czerwoności (red milonga). Śpiewak w dosłownym sensie zawładnął milongą i rozfalował całym towarzystwem do tego stopnia, że pod koniec ich występu połowa ludzi nie tańczyła tylko "była" obecna na koncercie przodem zwrócona do sceny.
Energetycznie bardzo pozytywne przeżycie. Jest to zespół, którego osobowość śpiewaka i dobra gra muzyków, dodają wieczorowi pożądanych emocji. Absolutnie warto zaprosić ich do Polski.
***
Na milongach byli głównie Niemcy (jedna z Czeszek stwierdziła nawet mając na uwadze ilość niemieckich tancerzy, że to "niemiecki" festiwal), dużo Czechów i Polaków mieszkających w Pradze. Z Warszawy było nas kilkoro, para z Łodzi, dwie pary z Krakowa (w sobotę), kilku Wrocławian, Poznanianka, Bydgoszczanka, grupka Polaków mieszkająca poza granicami naszego kraju, którą poznałem na majowym festiwalu w Krakowie i w Berlinie.
Poza tym było bardzo dużo kobiet.
Na warsztatach nie byliśmy, więc nie mogę ich opisać. Same pokazy nieco nas rozczarowały choć i one wzbudzały chwilami duże emocje. Jeszcze raz wychodzi na wierzch stara prawda, że techniczna sprawność i szybkość podobają się przez chwilę. Potem chcemy zobaczyć w pokazie coś więcej: osobowość partnerów, ich bliskość, harmonię, "bycie w muzyce", kilka smaczków. Homer z Cristiną - jeden z nauczycieli którzy dali swoje show - był jakby nie do końca zdecydowany co, jak i czy tańczyć. Jego partnerka "posłusznie" tylko za nim podążała i nie było w tym lekkości. Para z Argentyny Cristian i Lilach radosna i chwilami zabawna (partnerka miała za duży chyba kostium, który spadał i rozpinał się), Martin i Maurizio - bardzo emocjonalni (ale to dwaj faceci) i technicznie najlepsi - szkoda, że bez kobiet; oraz Ismael i Maria - "najładniejsi", ale "oddzielni" w tańcu.
Bardzo ciekawym pomysłem, praktykowanym na festiwalach było to, że pary te w niedzielę zatańczyły ze sobą w najróżniejszych konfiguracjach męsko-damskich. To było świeże, żywe, ciekawe i obfitujące w wiele spontanicznych (nie-choreograficznych) sytuacji tanecznych. Taki pokaz na dwie pary odbył się w sobotę i w niedzielę finałowy na 4 pary. Patrzyłem z przyjemnością (wreszcie) błyskawicznie przeskakując wzrokiem z jednej pary na drugą, z jednej akcji tanecznej na kolejną. W tym pokazie tancerze naprawdę się zaangażowali, widać było, że większość z nich czuła się w nim bardzo dobrze; że nie silą się na dziwne figury, że nie kombinują za bardzo, a mimo to udawało się im pięknie i tanecznie zaskoczyć publiczność. To była zabawa. Zasłużone duże brawa dla wszystkich.
Pojawia się tutaj odwieczne pytanie, czy lepiej na pokazie tańczyć pokaz choreograficzny czy improwizować. Dla przyjemności estetycznej widzów dobrze, gdy taniec zawiera w sobie elementy nie widywane na milongach. Warto jednak zastanowić się, co naprawdę opłaca się lepiej. Jedne pary dobrze wyglądają w choreografiach, inne natomiast - moim zdaniem - kompletnie w nich przepadają, męcząc się z reżimem ustalonych kroków i za trudnych rozwiązań do niczego nie służących. Dobrze pamiętać, że show jest dla patrzących, ale jednocześnie ten taniec musi być prawdziwy, czyli być fizycznym i duchowym przeżyciem dwójki tancerzy.
***
Muzyka na milongach była dobra, w 95% tradycyjna czyli bez tand nuevo i dziwnych wynalazków narcystycznie usposobionych DJ-ów (na festiwalach muzyka powina pomagać tancerzom z różnych stron świata spotkać się na parkiecie, a nie być oryginalną propozycją DJ poddaną do degustacji). Z wieczorów, na których byłem, uważam, że najlepsza muzycznie milonga była w niedzielę, potem w piątek, potem w sobotę. Z trzech ostatnich festiwali, na których byłem (Kraków, Berlin, Praga), plasuję muzykę usłyszaną w Pradze tuż po najlepszej berlińskiej, gdzie w piątek słyszałem cudowną muzykę.
Za cały festiwal ogromne brawa i ukłony dla dwójki bardzo miłych organizatorów Jenne i Pavla. Zrobili świetną, podkreślam, świetną robotę i byli cały czas "obecni" towarzysko na wszystkich milongach i mieli dla wszystkich zawsze choćby chwilkę swojego cennego czasu. Para wspaniałych ciepłych tangowych ludzi. Czuję do nich ogromną sympatię. I chętnie wybiorę się do Pragi za rok.
saludos
Jakub Milonga
PS: Podróże kształcą, mówi stare tangowe przysłowie. Warto wybrać się co jakiś czas na tangowy festiwal i z odległości na spokojnie popatrzeć na swoje lokalne tangowe środowisko. Wtedy jak pod lupą widać, jak wiele rzeczy to małe nic nie warte rzeczy i zwyczajnie szkoda się nimi zajmować, i jak inne sprawy, których może nie docenialiśmy bo były zawsze i były takie oczywiste, są w rzeczywistości ważne i jak bardzo nam potrzebne.
Po powrocie z Pragi, jeszcze bardziej lubię moją tangową Warszawę, jeszcze chętniej biegłem z dworca na zajęcia do Złotej Milongi, gdzie powitały mnie radosne uśmiechy kursantów. Ja też się ucieszyłem gdy ich zobaczyłem. To taki powrot do domu. I teraz z utęsknieniem czekam na kolejną warszawską milongę, na wieczór, gdy zaczną schodzić się ludzie i będzie można pobyć ze sobą, pogadać, popatrzeć jak tańczą inni. No i samemu też razem z partnerką wskoczyć na parkiet na kilka tang. I to już niedługo, a potem znowu, znowu i znowu.... :)
***