List z Polski
Drogi Przyjacielu,
odpisałem Ci już prywatnie, lecz i teraz pozdrawiam Was serdecznie. Publikuję twój list, by tacy zapaleńcy z innych miast jak Wy zobaczyli, że w swym poszukiwaniu tanga nie są sami i że sytuacja w jakiej dzisiaj są to ciągły proces zmian na lepsze.
Jakub
***
"Z wielką radością przeczytałem to, co napisałeś w "poniedziałek v practica". Cieszę się, że nasze rozumienie procesu nauki tanga jest zbieżne z tym co piszesz. Nasza przygoda z tangiem to wciąż początek drogi na którą wprowadziło nas podążanie za pięknem, muzyką i tańcem. Wspaniałe jest to, że tango to zakręt w który dopiero wchodzimy i mam nadzieję, że będzie długi a właściwie to chyba przeczuwam bo przecież tego jeszcze nie wiem, że to bardzo wiele ostrych i niewidocznych zakrętów.
Ten pierwszy rok poznawania tanga, to klasyczne etapy począwszy od kursów w szkole tańca towarzyskiego, przez nasze spotkanie w zeszłym roku w Wilkasach, po różne warsztaty i lekcje. W ciągu tego czasu przeżyliśmy wiele chwil zabawnych, śmiesznych, pouczających, ale i smutnych bo pełnych rozczarowań.
Widzimy, że każdy człowiek ma tango w duszy, bo jaka jego dusza takie tango tańczy. Spotkaliśmy dopiero kilka osób od których dowiedzieliśmy się trochę o tangu. W śród nich są wspaniali nauczyciele którzy propagują ten taniec pokazując piękno, ale są też tacy którzy mówią o sobie, że są trenerami tanga i od takich postanowiliśmy uczyć się z czegoś innego.
Tak masz rację pisząc o tak zwanych grupkach zapaleńców widzimy to w naszym mieście. Sprowadza się to do spotkań, które przeradzają się w kluby dyskusyjne o tangu, tzn dyskutuje się o czymś czego się nie zna i do końca nie rozumie choć takie dyskusje mogą wiele wnosić i być pouczające. Na razie chcemy sie uczyć i patrzymy na to co nas otacza czekając na swój czas. "
Tanguero z Polski
***
Czy tango istnieje w Polsce? (poniedziałek v practica)
Ostatnio uciąłem sobie pogawędkę z najlepszymi tancerzami w naszym mieście na temat miast, w których z różnych powodów tango dopiero teraz nieśmiało puka. Ciągle ten sam problem braku dobrej i wykwalifikowanej kadry, która na miejscu mogłaby uczyć i rozwijać zainteresowanie tym tańcem. W nowych miastach na ogól wydarza się podobny scenariusz: kilka osób, czasem par oczarowanych tangiem postanawia się go nauczyć. Albo trafiają do lokalnej szkoły tańca towarzyskiego, gdzie zostają zniechęceni do tanga i pasują albo gdzie lokalny nauczyciel tańca towarzyskiego liznąwszy kilku figur o dziwnie brzmiących przetłumaczonych na polski nazwach zabiera się do nauki tango argentino.
Efekty tego są na ogół bardzo komiczne lub przeraźliwie smutne, gdy tacy uczniowie trafiają w końcu na lekcję lub warsztat prowadzony przez nauczyciela znającego i tańczącego tango. Na ogół przecierają wtedy ze zdumienia oczy, nie mogąc wyjść z podziwu, że "te figury" to się jednak prowadzi, że słowo choreografia nie istnieję w milongowym słowniku; że lekcja tanga jest tylko wstępem do milongi (tu nasuwa mi się smutna myśl o niektórych nauczycielach tanga, którzy prowadząc swoje zajęcia, nigdy nie wspominają swoim uczniom o milongach i naturalnej konsekwencji odwiedzania ich po lekcji, jakby w obawie, że nigdy ich już więcej nie zobaczą); drugim wrażeniem uczniów w spotkaniu z prawdziwym nauczycielem tanga jest to, że tango jest znacznie trudniejszym tańcem niż się sami tego spodziewali; że nie wystarczy sama znajomość figur czy kroków, by zatańczyć tango; że oglądanie tangowych filmów na youtubie (mimo wszystko polecam je) nie nauczy cię tańczyć tanga, lecz szybciej połamie nogi twojej partnerce, gdy będziesz testował na niej tangowe wygibasy niektórych guma-tancerzy.
Z miastami takimi jest zawsze kłopot, który sprowadza się zawsze do tego samego problemu; lokalnego organizatora - najlepiej osoby tańczącej i znającej tango. Gdy w takim mieście mieszka taka osoba, tango za kilka miesięcy zacznie się rozwijać: powstanie mała milonga, jakieś kursy, ktoś zorganizuje warsztat, itd. Gdy w danym mieście jest tylko grupka zapaleńców, którzy chcą się uczyć tego pięknego tańca, wszystko dzieje się wolniej, gorzej i czasem pod górkę: brak regularnej milongi, brak kursów i zdanie się na łaskę i nie łaskę szkół tańca towarzyskiego.
Prędzej czy później nasi zapaleńcy lądują na lekcjach rumby albo salsy. W tym wypadku ani organizowanie comiesięcznych warsztatów ani zapraszanie dobrych tancerzy na pokazy nic nie da. Tango może powstać w takim nowym miejscu zawsze i tylko jaki efekt działań lokalnych, osoby na tyle silnej i sprawnej, że potrafiącej zbudować wokół siebie tangową społeczność. To co nie udało się do tej pory na przykład w pięknym Lublinie z braku miejscowego tancerza nauczyciela, udało się w Bydgoszczy, gdzie jedna osoba ciężką pracą zdołała postawić tango na nogi, a potem reszta zadziała się sama.
Jeżeli mógłbym coś doradzić osobom z miast, w których nie ma cotygodniowej milongi, to tylko to, żebyście nie oglądali się na innych tylko wzięli sprawę w swoje ręce. Najpierw sami nauczyli się tanga na tyle dobrze, by móc innych uczyć, a potem zorganizowali u siebie milongę i rozpoczęli kursy. Drugim krokiem w budowaniu społeczności tangowej będzie zapraszanie do siebie travelling teachers. Teraz jest to o tyle proste, że co kilka tygodni jest w Polsce jakaś para zagranicznych nauczycieli sprowadzana przez silniejsze ośrodki i można zawsze spróbować się z nimi jakoś dogadać. Po drugie, tango w Polsce istnieje już od kilku lat i kilku polskich nauczycieli potrafi całkiem dobrze uczyć i ładnie tańczyć.
Niestety ta czy może inna droga (jeżeli istnieje) zajmuje mnóstwo czasu, wymaga cierpliwości oraz cierpliwości i jeszcze cierpliwości. Już samo wyszkolenie się do stopnia wystarczającego, aby samemu uczyć tanga na przyzwoitym poziomie i nie być wyśmianym przez innych, jest bardzo kosztowne i nie podejmuję się oszacowania tego ani w liczbach ani w miesiącach. I ani lekcje indywidualne, ani miesięczny wyjazd do Buenos nie skrócą tego w jakiś odczuwalny sposób. Tango nie lubi pośpiechu, tanga nie da się zatańczyć szybko i byle jak, bo nie będzie wtedy tangiem i nie da Ci tego, co smakuje w nim naprawdę. A do tego dochodzi się dość długo. I może to właśnie jest w tym wszystkim najpiękniejsze, warte tych wszystkich wymęczonych godzin i nocy?
Jakub Milonga
milonga@milonga.pl