W poprzedni weekend odbyły się w Złotej Milondze warsztaty z milongi, które prowadzili Magdalena Bochińska i Marcin Błażejewski. Im więcej upływa dni od tamtego warsztatowego weekendu, tym bardziej zaczynam żałować, że zdążyłem dojechać z Dolomitów wcześniej i sam nie wziąłem w nich udziału!
Słyszałem wiele pochwalnych komentarzy odnośnie zakresu warsztatowych tematów, które Magda i Marcin zaproponowali, dobrej atmosfery w trakcie zajęć, rewelacyjnej energii, jaka wytworzyła się podczas tych kilku godzin, a ilość braw, jakie zebrali na zakończenie była podobno niezwykła - plotka głosi że trwało to wiele, wiele minut.
Brawa to zawsze miód na serca prowadzących zajęcia i największa zapłata, na jaką się zawsze czeka. I to jest jeden niezaprzeczalny fakt, Drugi, poważniejszy i znacznie - przynajmniej dla mnie - istotniejszy to ciąg dalszy opinii uczestników warsztatów, którzy podczas wieczornych milong, które odbyłysię już po warsztatach, zaczęli na nich tańczyć milongi! A nawet niektórzy z nich rozpędzeni warsztatową energią nie odpuścili już sobie na ostatniej milondze ani jednej tandy. I o to właśnie chodzi. Brawo, brawo, brawo....
***
Przy okazji warto tutaj napisać jeszcze jedną rzecz. Na całym świecie potykamy się ciągle o opinię, że milonga jest tańcem trudniejszym od tanga. Gdy tańczysz w dowolnym miejscu na świecie, gdy DJ zaczyna grać milongi to 2/3 tancerzy schodzi z parkietu. Nieważne, czy to jest Warszawa czy Buenos Aires. Zawsze dzieje się tak samo. Zastanawiam się wtedy, czy my nie lubimy milong, bo są radosne, żartobliwe, skore do zabawy? Chyba nie? Więc dlaczego?
Milonga nie jest ani trudniejsza ani łatwiejsza od tanga. Jest po prostu inna. Dlatego też, i można to porównać, niektóre pary nauczycieli tańczą świetnie milongę (np. dawno nie widziany w Polsce Ruben), inne zaś wypadają przy nich blado, próbując milongę tańczyć tangiem. I tak, by nie być gołosłownym, bardziej milongowym jest dla mnie Sebastian Arce niż Chico, choć obaj to wspaniali mistrzowie. Idąc dalej można powiedzieć, że wszyscy nuevowcy w milondze padają w przedbiegach, bo dla tancerza milongi ważny jest krok i caminata, a dla nuevowca przestrzeń i energia. Oczywiście n-cy nigdy i tak nie schodzą poniżej pewnego poziomu.
A wracając z tych teoretycznych gdybań na zwykły parkiet: milonga jest łatwiejsza od tanga, bo nie wymaga ani takiej elegancji jak w tangu ani pięknej pracy stóp. Liczy się tylko rytm i krok. Słyszysz bit i robisz krok. To potrafi zrobić 95% ludzi na milondze. Trzeba tylko wyjąć watę z uszu. Dla osób, które uczą się tanga dopiero pierwszy rok lub mniej, milonga powinna być obowiązkowym ćwiczeniem na zajęciach.
Milonga staje się trudniejsza niż tango, gdy chcemy ją zatańczyć szybko albo BARDZO szybko, i to nie tylko w rytmie, ale i w melodii i w jej smaczkach, a całość okrasić kilkoma czy kilkunastoma milongowymi figurkami. A wszystko ma być spontaniczną improwizacją w tłumie innych szalejących par. Hmmm....chyba jednak zapiszę się na lekcje kizomby.
Tak zatańczyć potrafi może kilka par w Warszawie, a zatańczyć BAAARDZO szybką milongę, jak to się mówi "urywającą partnerce nogi", może kilka osób w Polsce. Może. Dla mnie taki piorun w nogach miała zawsze Stefania(Pozdrowienia Stefa, czy pamiętasz jeszcze tamte wściekłe milongi w Berlinie? hi,hi,hi).
Na szczęście - i chwała za to jego twórcom - szybkość nie ma w tangu ani w milondze pierwszorzędnego znaczenia... I co innego jest ważne w tym tańcu. Po prostu tańczmy siebie samych, swoje emocje rytmem i krokami, bawiąc się przy tym tak mocno jak tylko umiemy. Tango corazon.
***
Z całą pewnością Marcin i Magda przygotują za jakiś czas kolejne warsztaty z milongi, na które, gdy będzie znany już termin, serdecznie was zaprosimy. Wcześniej może uda im się jednak przygotować jakiś atrakcyjny weekend warsztatowy poświęcony zagadnieniom z tanga. Jestem absolutnie pewien, że w tangu Magda i Marcin przygotują dla Was też kilka zabójczych niespodzianek. Ja sam chętnie się na nie też wybiorę.
do zobaczenia
Jakub Milonga
piszczie do nas na milonga@milonga.pl