Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Relacja z milongi urodzinowej

Dziękuję. Tym słowem chcę rozpocząć i zakończyć relację z moich urodzin. To była moja najlepsza milonga urodzinowa.

Zaczęła się tradycyjnie o 19ej, a potem zaczęli schodzić się goście. Dziękuję za punktualne przybycie. O 22-ej, gdy w Złotej było już ponad setka tangueros swój pokaz urodzinowy dali jako pierwsi Wiesiek i Ilonka. Oj, rośnie nam wspaniała tanguera...

To był w ogóle ciekawy weekend, bo najpierw w piątek odbyła się nocna impreza Agi na Mokotowie, w sobotę z kolei dziewczyny obchodziły w Argentino swoją małą rocznicę, a od razu w niedzielę była na dalekim Żoliborzu nowa milonga z pokazem argentyńskiej pary. Dużo atrakcji i pewnie wielu osobom trudno było się zdecydować, dokąd pójść, gdy sił brakowało na wszystkie te wydarzenia. Gdzieś pomiędzy tymi atrakcjami obchodziłem swoje kolejne milongowe urodziny.

W połowie imprezy doszły do mnie słuchy o niespodziance, jaką grupka tanguerosów Złotej szykuje dla mnie. Dziewczyny pod wodzą energicznej Ani i przy współudziale z Olą w najgłębszej tajemnicy (udało się!) przygotowały swój orientalny występ: ja stałem się kimś na wzór sułtana ze śmiesznym nakryciem głowy posadzonym na kanapie, były bosonogie nimfy z orientalnego haremu, posłowie Arturo i Pietro wręczali mi dary: cenne kamienie z Polski, jedwabie, dywan latający (latał faktycznie), wiele innych rzeczy, m.in. konia na biegunach, który beczał, gdy ciągnęło się go za ogon. Konia dosiadłem, ale tak bujał, że zmeczony wróciłem na kanapę, by podziwiać boski taniec 5 dam. Za taniec, za wzruszenie, za niespodziankę i wspaniałą zabawę bardzo dziękuję.

Później swoje urodzinowe pokazy dali gospodarze poniedziałkowej i środowej milongi Przemek z Moniką i Igor z Beatą. Duże brawa.

Niedługo potem sam tańczyłem w tangu odbijangu z tuzinem warszawskich tangueras. Tempo zmian było okrutne i strasznie żałowałem, że taniec z każdą z Was trwał tak krótko, i że nie z wszystkimi udało mi się zatańczyć.

Ledwo skończyliśmy tańczyć, gdy udało mi się poprosić gości o jeszcze jeden urodzinowy prezent: tandę, w której po każdym utworze spontanicznie zmieniamy się w parach. Było trudno, bo chyba wielu tancerzy nie spodziewało się aż takiego tłoku, jaki wtedy zapanował na sali, i chyba czasem za duża była w nas energia, by spokojnie i płynnie tańczyć. Pomysł spodobał się wieu osobom i chętnie do niego będziemy wracać na kolejnych milongach. (Moja uwaga: róbmy zmiany parami i nie zostawiajmy swoich partnerek na parkiecie samych).

To był dobry czas imprezy. Za chwilę ktoś wpadł na kolejny dobry pomysł, by zatańczyć chacarerę. Na parkiet wyskoczyło kilkanaście osób i odtańczyło radosny pląs. Doskonała zabawa i obiecuję, że będziemy do niej na milongach wracać.

Na milodze była też najmłodsza warszawska tanguera czyli kilkudniowa Malenka córeczka Ani. Wiele osób chyba osłupiało, gdy ją zobaczyło. To jest niesamowite, ale na własne oczy widziałem, że Malena rewelacyjnie czuje się na milondze i w tangowej muzyce.

W ten wieczór dostałem ogromną ilość życzeń: był tort urodzinowy, było sto lat (niech ktoś wymyśli wreszcie jakąś ładną tangową piosenkę na takie urodzinowe okazje, bo "sto lat" jakoś się nie broni). Od uścisków i serdeczności kręciło mi się w głowie. Byłem szczęśliwy tego wieczoru bardzo i widziałem, że Wy - każdy inaczej i na swój sposób  - też dobrze się bawicie.

Milongowe urodziny to zawsze tradycja picia ponczu. Za każdym razem staram się przekonać gości, że to tylko zwykły soczek i że nic  alkoholowego nie udało nam się wlać do środka. Zawsze ktoś daje się nabrać. Poncz był w tym roku bardzo dobry, co jest zasługą Pani Ani. Wypiliśmy go ponad 50 litrów. Wina i innych rzeczy już nie liczę, ale na szczęście do końca imprezy wszystkiego wystarczyło.

Dostałem dziesiątki prezentów. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Mój pokój jest nimi cały zawalony. Dopiero dzisiaj mam czas, by je na spokojnie otworzyć i obejrzeć.

Na imprezie panowała taka cudowna atmosfera, jaką sobie marzyłem, by była. Był luz, był spontan, były atrakcje, były pokazy, śpiewy i zabawy. Było bardzo energetycznie. Było wiele godzin doskonałej muzyki Tomka Dymka, który dzielnie didzejował od 20 do 4:30, a potem padł. 

Było rodzinnie i ździebko szalenie - a to moja ulubiona pora roku :)

Przyszło naprawdę ogromnie dużo ludzi - około 250 osób - sami nie wiemy dokładnie, bo w tym całym radosnym bałaganie szybko się pogubilśmy. Było też dużo osób, które wpadają do mnie do Złotej tylko czasem. To było miłe. Proszę o częściej.

Ella Beso na swojej stronie włożyła zdjęcia z imprezy i pogrupowała je w kilka galerii (ciąg dalszy jutro). Wspominała mi, że zrobiła ich ponad tysiąc! Ella, włóż tylko część, bo nie zdążymy ich obejrzeć przez cały rok :)

I na zakończenie, tak jak obiecałem wszystkim Wam za ten wieczór, za ten rok i za wszystkie niespodzianki jeszcze raz bardzo dziękuję.

 

Jakub

 

***