Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Tango w Polsce

W czasach komunistycznych godzina 19:30 kojarzyła się wszystkim tylko z jednym: z dziennikiem telewizyjnym, który emitowany był w telewizji na 50% wszystkich dostępnych wtedy kanałach tv. Epoka ta minęła 20 lat temu bezpowrotnie i dzisiaj w tym paśmie uznawanym za prime time walczą ze sobą największe stacje komercyjne i pseudopaństwowe.

Złota nie ściga się z nimi.

O 19:30 zapraszamy na cotygodniową practicę pod okiem nauczyciela.

Practika to nie nauka lecz czas na ćwiczenie i powtarzanie elementów, które znamy.  Jezeli na kolejnej lekcji tanga nie chcesz się kompromitować i męczyć przypominając sobie, czego uczyłeś się tydzień wczesniej, to lepiej przyjść na practikę i powtórzyć materiał z ostatnich kilku lekcji.

Ostatnio uciąłem sobie pogawędkę z najlepszymi tancerzami w naszym mieście na temat miast, w których z różnych powodów tango dopiero teraz nieśmiało puka. Ciągle ten sam problem braku dobrej i wykwalifikowanej kadry, która na miejscu mogłaby uczyć i rozwijać zainteresowanie tym tańcem. W nowych miastach na ogól wydarza się podobny scenariusz: kilka osób, czasem par oczarowanych tangiem postanawia się go nauczyć. Albo trafiają do lokalnej szkoły tańca towarzyskiego, gdzie zostają zniechęceni do tanga i pasują albo gdzie lokalny nauczyciel tańca towarzyskiego liznąwszy kilku figur o dziwnie brzmiących przetłumaczonych na polski nazwach zabiera się do nauki tango argentino. Efekty tego są na ogół bardzo komiczne lub przeraźliwie smutne, gdy tacy uczniowie trafiają w końcu na lekcję lub warsztat prowadzony przez nauczyciela znającego i tańczącego tango. Na ogół przecierają wtedy ze zdumienia oczy, nie mogąc wyjść z podziwu, że "te figury" to się jednak prowadzi, że słowo choreografia nie istnieję w milongowym słowniku; że lekcja tanga jest tylko wstępem do milongi (tu nasuwa mi się smutna myśl o niektórych nauczycielach tanga, którzy prowadząc swoje zajęcia, nigdy nie wspominają swoim uczniom o milongach i naturalnej konsekwencji odwiedzania ich po lekcji, jakby w obawie, że nigdy ich już więcej nie zobaczą); drugim wrażeniem uczniów w spotkaniu z prawdziwym nauczycielem tanga jest to, że tango jest znacznie trudniejszym tańcem niż się sami tego spodziewali; że nie wystarczy sama znajomość figur czy kroków, by zatańczyć tango; że oglądanie tangowych filmów na youtubie (mimo wszystko polecam je) nie nauczy cię tańczyć tanga, lecz szybiej połamie nogi twojej partnerce, gdy będziesz testował na niej tangowe wygibasy niektórych guma-tancerzy.

Z miastami takimi jest zawsze kłopot, który sprowadza się zawsze do tego samego problemu; lokalnego organizatora - najlepiej osoby tańczącej i znającej tango. Gdy w takim mieście mieszka taka osoba, tango za kilka miesięcy zacznie się rozwijać: powstanie mała milonga, jakieś kursy, ktoś zorganizuje warsztat, itd. Gdy w danym mieście jest tylko grupka zapaleńców, którzy chcą się uczyć tego pięknego tańca, wszystko dzieje się wolniej, gorzej i czasem pod górkę: brak regularnej milongi, brak kursów i zdanie się na łaskę i nie łaskę szkół tańca towarzyskiego. Prędzej czy później nasi zapaleńcy lądują na lekcjach rumby albo salsy. W tym wypadku ani organizowanie comiesięcznych warsztatów ani zapraszanie dobrych tancerzy na pokazy nic nie da. Tango może powstać w takim nowym miejscu zawsze i tylko jaki efekt działań lokalnych, osoby na tyle silnej i sprawnej, że potrafiącej zbudować wokół siebie tangową społeczność. To co nie udało się do tej pory na przykład w pięknym Lublinie z braku miejscowego tancerza nauczyciela, udało się w Bydgoszczy, gdzie jedna osoba ciężką pracą zdołała postawić tango na nogi, a potem reszta zadziała się sama.

Jeżeli mogłbym coś doradzić osobom z miast, w których nie ma cotygodniowej milongi, to tylko to, żebyście nie oglądali się na innych tylko wzięli sprawę w swoje ręce. Najpierw sami nauczyli się tanga na tyle dobrze, by móc innych uczyć, a potem zorganizowali u siebie milongę i rozpoczęli kursy. Drugim krokiem w budowaniu społeczności tangowej będzie zapraszanie do siebie travelling teachers. Teraz jest to o tyle proste, że co kilka tygodni jest w Polsce jakaś para zagranicznych nauczycieli sprowadzana przez silniejsze ośrodki i można zawsze spróbować się z nimi jakoś dogadać. Po drugie, tango w Polsce istnieje już od kilku lat i kilku polskich nauczycieli potrafi całkiem dobrze uczyć i ładnie tańczyć.

Niestety ta czy może inna droga (jeżeli istnieje) zajmuje mnóstwo czasu, wymaga cierpliwości oraz cierpliwości i jeszcze cierpliwości. Już samo wyszkolenie się do stopnia wystarczającego, aby samemu uczyć tanga na przyzwoitym poziomie i nie być wyśmianym przez innych, jest bardzo kosztowne i nie podejmuję się oszacowania tego ani w liczbach ani w miesiącach. I ani lekcje indywidualne, ani miesięczny wyjazd do Buenos nie skrócą tego w jakiś odczuwalny sposób. Tango nie lubi pośpiechu, tanga nie da się zatańczyć szybko i byle jak, bo nie będzie wtedy tangiem i nie da Ci tego, co smakuje w nim naprawdę. A do tego dochodzi się dość długo. I może to właśnie jest w tym wszystkim najpiękniejsze, warte tych wszystkich wymęczonych godzin i nocy?