Zanim zaproszę Państwa w podróż z tangiem w tle…
Wszystko zaczęło się w czerwcowy wieczór, kiedy to u znajomych pod Warszawą, na dużym ekranie, zobaczyłam po raz pierwszy nagranie z koncertu znanego zespołu grającego tango.
Przez kolejne dni nie mogłam uciec od dźwięków bandoneonu krążących po mojej głowie i wszechobecnych w duszy.
Namalowałam pierwszy tangowy obraz: „Ukryte pragnienia. Tango”. Jeszcze nie wiedziałam, czym ono tak naprawdę jest...
Wkrótce zaczęłam się go uczyć. Pochłonęło mnie. Chciałam poznawać nie tylko nowe kroki, ale też jego filozofię, kulturę, poczuć je i zrozumieć. Stało się wtedy moją drugą, po malarstwie, pasją.
Milongi stały się areną do obserwacji ludzi i samej siebie. Powstawały kolejne tangowe obrazy.
Niedługo potem znalazłam się w miejscu, z którego, jak się później okazało, było już bardzo blisko do tanga w Buenos Aires i Patagonii.
To tam, przemierzając kolejne kilometry, nie rozstawałam się ze szkicownikiem. Codziennie skrupulatnie zapisywałam nowe tonacje, rysowałam zaskakujące struktury, chciałam zatrzymać tamto światło... Obserwowałam ludzi.
A tango... Było obecne. W Buenos Aires było wszędzie: na ulicy, w klubach, w sklepach... Potem, już w nieskażonej cywilizacją Patagonii, zaczęło pojawiać się w cieniu natury.
Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy w małej mieścinie, wydawało mi się, że na końcu świata, w El Calafate, na samym południu Ameryki Południowej, usłyszałam je w starej żółtej taksówce!
Towarzyszyło mi przez cały czas, tyle że raz brzmiało głośno, a kiedy indziej tylko w tle.
Z Argentyny wróciłam z zarysowanym po ostatnią stronę szkicownikiem i z głową pełną malarskich pomysłów. Pewnie jeszcze przez długi czas będą pojawiać się w obrazach…
Ale teraz nadszedł czas zaprosić Państwa w zapowiedzianą już podróż z tangiem w tle...
.
Martta Węg