Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Relacja z Dolomitów 2008

 

Nasze II tangowo-narciarskie ferie Złotej Milongi mamy już niestety za sobą. Wróciliśmy cali i w komplecie. Dziękuję wszystkim jej uczestnikom za wspaniałą zabawę i dużo bardzo różnych pozytywnych i mocnych emocji, zarówno na stoku, gdzie dzielnie uczyłem się narciastwa od lepszych od siebie - głównie Ryrarda i Agnieszki, na parkiecie, gdzie przeżyłem wiele wspaniałych, tanecznych chwil, na milongach, na tarasach widokowych w Dolomitach i na niezwykłych imprezach animowanych przez niesamowitą (to mało powiedziane) Donnę Emmę z Bellavisty, u której gościliśmy przez te 7 dni. 

To był bardzo dobry wyjazd w niezwykłym przyjacielskim towarzystwie. Duże podziękowania przesyłam też i myślę, że w imieniu naszej całej grupy dla Pana Jurka i Ryśka - naszych kierowców oraz przede wszystkim dla naszej pilotki Magdy, która tak troskliwie opiekowała się nami i początkującycmi narciarzami przez cały pobyt we Włoszech.

Do zobaczenia za rok - w ostatnim tygodniu lutego 2009.

 


Zestawienie przejechanych kilometrów w Cortinie przez uczestników naszej grupy (prosimy pozostałe osoby o podzielenie się swoimi wynikami)): 

Paulina Chrabałowska - 198 km

Kasia Adamkiewicz - 195

Ania Szklarzewicz - 189

Agnieszka Jaworska - 171 km

Krzysztof Decewicz -167km

Bożenka Dębska - 166 km

Tadeusz Dębski - 166 km

Maria Romanowska - 157 km

Maciej Stelmach - 140 km

Jakub Korczewski - 91 km

c.d.n


 

Opowieść Marcina Błażejewskiego o nartach, tangu, winie i Dolomitach

Calalzo di Cadore, marzec 2008  Zero stresu, zero kolejek do wyciągów, zero kondycji, czyli relacja z narciarskiego wyjazdu grupy tangowej w Dolomity.  

 

Piątek, 7 marca

Wyjazd z Warszawy odbył się bez żadnych perturbacji poza ogromnymi korkami do Janek, które były powodem naszego spóźnienia na zbiórkę w Katowicach po grupę tangueros z południowej Polski. Na Gierkówce nasi kierowcy zaczęli ambitnie nadrabiać straty, żeby skrócić nas przejazd. Wszyscy, w dobie tanich i powszechnych przelotów samolotowych byli sceptyczni na myśl o czekającej nas nocy w autobusie. Szczęśliwie noc upłynęła bardzo szybko na intensywnym zawieraniu nowych i zacieśnianiu starych znajomości.

Sobota, 8 marca

Do naszego hotelu po 14-tej zmęczeni, ale w dobrych humorach, bo przyjęcie rodziny prowadzącej hotel było ciepłe i wróżyło dobry pobyt. Dodatkowo rezydentka podała nam wiadomość, na którą najbardziej czekaliśmy. Warunki na narty są bardzo dobre – jest dużo śniegu, mało ludzi i pogoda przyjemna. Sprawdziliśmy to na stoku w niedzielę. Rzeczywiście, można było jeździć bez przystanku, gdyby kondycja pozwoliła. Dzień wcześniej, w sobotni wieczór odbyło się przedstawienie rodziny prowadzącej hotel i pierwsza kolacja. Jakub odtańczył z właścicielką taniec powitalny międzynarodowym krokiem po czym zaserwowano nam posiłek i ci, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z włoska kuchnią w pierwszej kolejności zwrócili uwagę na ilość jedzenia. Po zupie i przystawkach było pierwsze danie - pasta. Potem drugie danie - mięso. Główne danie. Pierwszy deser - lody. Drugi deser – ciasto jagodowe, a dla szczęściarzy nawet trzeci – szarlotka…
W międzyczasie oczywiście dużo wina.
 Po kolacji odbyła się practica. Wśród osób w naszej grupie były takie, które nie tańczyły tanga. Jakub zaproponował, aby te osoby połączyć w pary z tymi, którzy już tańczą. Dzięki temu przyspieszony kurs podstawowego kroku i figur miał szybko swoje zastosowanie w praktyce. Potem rozpoczęła się milonga na pięknej sali hotelowej restauracji. Miło było patrzeć, jak tango zachwyca i wciąga tych najbardziej początkujących. Ostanie osoby, świadome wczesnej pobudki na narty, rozeszły się po północy.  

Niedziela, 9 marca

Pierwszy dzień na nartach zaskoczył wszystkich brakiem ludzi i dobrymi warunkami śniegowymi. Niedzielna milonga trwała już do 1-szej. Widać towarzystwo nabiera z czasem kondycji.Poniedziałkowy wyjazd na narty był znakomity. Pojechaliśmy autokarem do Cortiny D’Ampezzo i na okolicznych stokach wyszaleliśmy się za wszystkie czasy. Nawet najbardziej wymagający chwalili warunki. Jeździliśmy na stokach Falorii, ale prawdziwą rewelacją był przeskok na pół dnia na sąsiedni stok i wyciągi Cristallo. Długie, proste, idealnie przygotowane trasy, brak wiatru oraz zdarzających się gdzie indziej mgieł i śnieżnych zadymek, wreszcie niemal zupełny brak innych narciarzy, czynił dla nas z tej trasy prawdziwy raj… Kolejna kolacja zakrapiana była obficie winem, mimo że napoje nie są wliczone w cenę. Znaleźliśmy świetny sposób na to, by wina nie zabrakło. Ci którzy spóźniają się do autobusu i wstrzymują jego punktualny wyjazd kupują karnie po dzbanie wina na każdy z czterech stołów zajmowanych przez tangueros.

Poniedziałek, 10 marca

Tego dnia na stoku usłyszałem za sobą:-jakie to pocieszające, że ci, którzy dobrze tańczą przewracają się :) Był to jedyny dzień, kiedy trasy nie były przygotowane. Ratraki nie zdążyły przejechać po obfitych opadach w ciągu dnia.  Wracając jeszcze do masywu Cristallo, dowiedziałem się przypadkiem od Amerykanów, z którymi wjeżdżałem jednym krzesełkiem, że w tej okolicy kręcono Clifhanger z Sylwestrem Stalone. Komentowali to żartobliwie, dlaczego akurat w Dolomitach, skoro Góry Skaliste są takie piękne:-Wiesz, pewnie Stalone jako warunek udziału w filmie, oprócz wielomilionowej gaży, zażądał wakacji w rodzinnym kraju. Tradycyjnie o 13-tej, jak każdego dnia umawiamy się na przerwę lunchową i pokrzepiającego drinka w restauracji przy górnej stacji kolejki. Ulubionym drinkiem panów było piwo, a Pań przepyszne Bombardino. Jest to mieszanka ajerkoniaku z mocnym alkoholem i bitą śmietaną.  Kondycja uczestników poprawiała się z dnia na dzień. Wszyscy głośno mówili o kryzysie dnia trzeciego. Jednak nikt za bardzo nie narzekał, a milonga skończyła się o pierwszej.  

Wtorek, 11 marca

Każdego dnia rano w autobusie dowożącym nas do wyciągów, nasza rezydentka opowiadała nam historie typowe dla regionu. Np. o tym, że Cortina D’Ampezzo słynie z futer z norek. Albo o wypadku jaki się zdarzył w latach sześćdziesiątych. Do jeziora obok jednego z okolicznych miasteczek zeszła błotna lawina, która spowodowała, że wypchnięta woda z jeziora zmyła miejscowość z powierzchni ziemi. Zginęło wtedy 2,5 tysiąca ludzi. Ciekawa była też historia o przyłączeniu dzięki Mussoliniemu południowego (dawniej austriackiego) Tyrolu do Włoch, co spowodowało konflikty między ludnością niemiecko i włoskojęzyczną oraz historia niesamowitego znaleziska. Dwóch alpinistów natknęło się w górach na zamarznięte ciało. Zgłosili to na policję, podejrzewając, jak zwykle w takich przypadkach, że jest to ofiara wspinaczki lub jakiś zbłąkany turysta. Po wstępnych oględzinach okazało się, że jest to doskonale zachowane ciało 35-letniego mężczyzny, które przeleżało zamrożone w górach około 500 lat. Dopiero szczegółowa analiza wykazała, że jest najstarszą, zachowaną mumią na Ziemi. Liczy sobie około 5.000 lat. Więcej informacji i zdjęć: http://en.wikipedia.org/wiki/%C3%96tzi_the_Iceman Tego dnia zastaliśmy na stoku znakomicie przygotowane trasy i brak ludzi. Warunki znakomite.  Wieczorem urządzono wieczorek włoski. Nie byłem na nim, bo leżałem w łóżku potłuczony po nartach. Słyszałem niesamowite historie o, nazwijmy to, “odważnym” występie właścicielki Donny Emmy.Milonga skończyła się wpół do drugiej. Nie mogłem na niej nie być. Tańczyłem z zabandażowaną ręką w powietrzu i dzieki temu nareszcie prowadziłem klatką.

Środa, 12 marca

Od wtorku po popołudniu utrzymuje się piękne słońce. Wygrzewamy się na tarasie, jak jaszczurki na kamieniach. Podczas przerwy w schronisku, Ania poprosiła drugą Anie, która szła do baru, aby ta przyniosła jej late. Po kilku minutach postawiła przed nią szklankę z białą, spienioną kawą late. Zdziwiło nas, że ta kawa ma taki jasny kolor, a Ania powiedziała, że jakoś dziwnie smakuje. Okazało się, że to było samo mleko. Zamawiająca Ania powiedziała, jak to się przyjęło w Polsce, latte (po włosku mleko) i dostała mleko. Nauczyliśmy się, że Włochom trzeba mówić caffe latte. Wieczorem po pięciodaniowej kolacji, która nie dawała nam szansy na zrzucenie kilogramów na nartach, właściciele zaserwowali nam pokaz tańca brzucha. Tancerka, o bardzo kobiecej figurze wykonywała estetyczny, miły dla oka taniec, znakomicie interpretując muzykę, głównie biodrami. Po niej, na parkiet wyskoczyła również w stroju tancerki brzucha, nie pierwszej już młodości właścicielka, mająca pasję do tańca i występów szczególnie z włączeniem ogromnego zamiłowania do pozbywania się garderoby, która lądowała na stolikach lub głowach patrzących. Sam dostałem stanikiem, a Robert spódniczką z cekinami. Większość miała uczucia ambiwalentne, bo śmieszne bywało to tylko momentami. Najczęściej budziło to odczucia - delikatnie mówiąc - burzące poczucie estetyki. Właścicielka Donna Emma upodobała sobie Maestro czyli Jakuba. Ten dzielnie wykonał z nią tango i ze względu na swoją łatwo wytłumaczalną wielką niechęć, śmiało powiem, że stanął na wysokości zadania. Wyglądało to nawet, jakby się dobrze przy tym bawił. Dzielny Maestro.Podsumowując: takie bywają uroki folkloru miejscowego :)  Tangowicze wykazywali się coraza lepszą kondycją bo ostatni z parkietu zeszli po 2-giej.

Czwartek, 13 marca

Nasza przewodniczka miała też sympatyczne wpadki. Dziś opowiadała o tym jak w 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom i nagle krzyknęła: -O, kiciuś! Przepraszam, że przez mikrofon, ale nie wiedziałam, czy kierowca go widzi. Cały autobus pokładał się ze śmiechu. W połowie drogi, gdy przyglądaliśmy się okolicznym szczytom, z zadumy wyrwał nas głęboki, radiowy głos Andrzeja, który na podstawie scenariusza Adama poprpwadził z autorem bardzo śmieszne słuchowisko dotyczące uczestników wyjazdu. Pamiętam m.in. takie zdanie:“Jakub urodził się bez nóg, uczył się chodzić na rękach, z zębami wgryzał w tango” Większość ich żartów była sytuacyjna czyli śmieszna tylko dla uczestników obozu, więc poprzestanę tylko na tym, że ze śmiechu bolały nas mięśnie brzucha. Tego dnia odpoczywaliśmy od znanych na pamięć gór wokół Cotina d'Ampezzo, wybierając się do Misuriny. Dolina zapiera dech w piersiach. Jest dużym połaciem gładkiego jak stół płaskowyżu, malowniczo otoczonym ze wszystkich stron pięknymi szczytami, w tym znanymi z pocztówek Tre Cine (Trzy Kominy). Historia tych szczytów sięga również czasów pierwszej wojny światowej. Tu, podobnie jak w całej grupie Dolomiti di Sesto toczyły się ostre walki między Austriakami i Włochami. Ślady tych walk są widoczne po dziś dzień, nie tylko na Torre Toblin ale także w okolicach Croda Rossa di Sesto i Monte Paterno. Można tu na przykład spotkać leżące wśród skał druty kolczaste czy ułożone starannie kamienne murki z otworami do strzelania- widok raczej niecodzienny dla człowieka przyzwyczajonego do wspinaczki w Tatrach czy innych częściach Alp. Na Torre Toblin Austriacy musieli dostarczać żywność i broń aby ostrzeliwać znajdujących się na Monte Paterno Włochów, dlatego zbudowali na szczyt drogę, złożoną głównie z ciągu drabin-dzisiejszą ferratę. Sam nie wspinałem się jeszcze po via-ferratch, ale mam wielu znajomych, którzy mi o nich opowiadają. Na stoku piękne słońce przez cały dzień. Każdy robił to, co lubił. Jurek jeżdził na krechę, kilka osób go goniło. Niektórzy ćwiczyli technikę jazdy, inni walczyli z własnymi słabościami, marząc by dojechać do wyciągu. Jeszcze inni wygrzewali się na tarasie, a Ci najbardziej żądni wrażeń uciekali poza wytyczone trasy. Agnieszka z dużą prędkością jeździła między skałkami, a Adam mknął z głośnymi okrzykami w kopnym śniegu przez las. Kolejnego dnia taka eskapada nie skończyła się najlepiej. Carabinierzy zatrzymali Adama i Krzysztofa za zjeżdżanie ze szlaku. Ewa przeżyła swój osobisty dramat czekając na nich wiele godzin nie wiedząc, co się stało. Ona chyba była najbardziej pechową uczestniczką, bo 3 dni wcześńiej ktoś ukradł lub zabrał przez pomyłkę jej wypożyczone narty. Mimo tego była bardzo pogodna. Codzienne practiki o 21 były tym momentem po nartach, na który dużo osób czekało z niecierpliwością. Trzeba przyznać, że spora część osób początkujących oraz tych, które na tym wyjeździe postawiła pierwsze kroki, znalazła wielkie serce do tanga, ale i też świetnie sobie radziła.  Wieczorna milonga zastała nas kolejnymi niespodziankami. Najpierw Tadziu poczęstował wszystkich szampanem z okazji imienin Bożenki, z którą odtańczyliśmy odbijane tango. Objawieniem wieczoru był Michał (półroczniak), który prztańczył z Bożenką niemal cały utwór, zbierając brawa za odwagę i dobre opinie o swoim tańcu. To miło, kiedy pojawia się następny obiecujący partner.  Milonga skończyła się wpół do piątej! 

Piątek, 14 marca

Przedostatni dzień nart skusił do szusowania tylko najwytrwalszych. Większość zaległa na zalanych słońcem leżakach, tarasach itp.  Któregoś dnia przyjechał do nas na milongę Roman. Podobno przebył samochodem 500 km  tylko po to, żeby potańczyć kilka godzin. Po odtańczeniu  energetycznych  milong z Elą a Wrocławia, za które zebrali gromkie brawa, wyjechał do siebie. Ostatnia milonga zakończyła się o 2:40

Sobota, 15 marca

Tylko dwie osoby miały ochotę na narty, więc solidarnie nie poszedł nikt. O 9 rano należało zdać klucze od pokojów. O tej porze część osób poszła do miasteczka na zakupy, a reszta wysypała się ogródka okalającego hotel. Magda-przwodniczka, na pożegnanie powiedziała nam, że takiej szczególnej grupy jeszcze nie miała. Uważa, że w naszej grupie nie bylo ludzi przeciętnych i zamiast ogólnego “dowidzenia” podeszła do każdego, by się osobiście pożegnać. Miłe.O 12-tej ruszyliśmy. Wszyscy czuliśmy, że to było trochę za krótko i że chętnie powtórzylibyśmy tę przygodę. Podróż powrotna, dzięki temu, że zbliżyliśmy się do siebie bardzo po tak intensywnym tygodniu, upływała bardzo szybko.  Tadziu, nasz pokładowy animator, umilał czas wszystkim, którzy znaleźli się w zasięgu 3 metrów od niego. Obejrzeliśmy kilka gniotów na video i robiliśmy częste przerwy. Uderzyło mnie to, że właściwie nikt z ponad pięćdziesięcioosobowej grupy nie palił. Tylko dwie osoby, do tego raczej popalały niż paliły. Kiedy wstawałem ze swojego siedzenia wracałem na nie za kilka godzin. Tylu ciekawych ludzi było dookoła. A to ktoś mnie zagadał, a to ktoś poczęstował rumem, a to włączyłem się do duskusji jakiejś grupki itd. I to głównie ze względu na ludzi oceniam ten wyjazd jako bardzo udany. Chociaż narty i tango były całkiem fajne.

Niedziela, 16 marca

Pod Złota Milongę podjechaliśmy o 7 rano. Wszyscy żegnali się z żalem, ale i ulgą bliskiej perspektywy domowych pieleszy. Dopiero w domu zorientowałem się, że nie wziąłem z autobusu torby z butami narciarskimi. Zadzwoniłem do Jakuba. Okazało się , że nie byłem jedynym roztargnionym-zmęczonym. Przechował w klubie kilka toreb i plecaczków :) Na podsumowanie udanej eskapady (cena przystępna, bardzo dobre warunki, wyborne towarzystwo), chciałbym dodać, że nawet szczęście nam sprzyjało. Znajoma, która w tych samych dniach była na nartach w niedalekim Predazzo miała fatalne warunki śniegowe i pogodowe. Do tego były tłumy zmuszające do stania w długich kolejkach do wyciągów. Już nie mogę się doczekać przyszłorocznego wyjazdu... 

Marcin Błażejewski