Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Wystawa Martty Węg 2010

 

Podróż z tangiem w tle...

 

 

Życie to dziw, przyjacielu - śpiewa bohaterka filmu Carlosa Saury Tango, aby po tej deklaracji reżyser mógł nas przekonać, że ten dziw można wyrazić poprzez tango.
Tango bowiem, jak głoszą jego coraz liczniejsi zwolennicy na całym świecie, to nie tylko taniec, ale filozofia, ideologia, sposób życia.
Wszyscy mamy marzenia, których nie możemy zrealizować, problemy, których nie potrafimy rozwiązać. Jest w nas tyle wątpliwości, rozterek i tęsknot. Wszyscy w pewnym sensie jesteśmy imigrantami szukającymi swojego prawdziwego domu. On istnieje. Odnaleźć go można w tangu - powiedział jeden z nauczycieli tanga słynnej podróżniczce Beacie Pawlikowskiej.
Tango narodziło się w portowej dzielnicy Buenos Aires wśród imigrantów szukających pracy w Argentynie i... panienek z domów publicznych. Imigranci odreagowywali tęsknotę za domem, niepowodzenia, rozterki poprzez taniec. Z czasem tango stało się symbolem miłości i śmierci. Tańczył je Rudolf Valentino w Czterech jeźdźcach Apokalipsy, topił smutek po stracie żony bohater Ostatniego tanga w Paryżu, pułkownik uczył swojego młodego przyjaciela jak przytulać kobietę w tangu i jak ją zniewolić w Zapachu kobiety, a prostak Edek zniewalał tangiem Wuja inteligenta w Tangu Mrożka...

 

I tu należy zacząć opowieść o malarstwie Martty Węg, która pojechała do ojczyzny tanga i - jak sugeruje tytuł wystawy - tango stało się tłem do obserwacji ludzi, przyrody , a przede wszystkim ( to już moja sugestia) ... samej siebie.

Przed kilku laty profesor Barbara Szubińska napisała o Marcie, że młoda malarka nie inspiruje się pomysłami innych mistrzów. Odważnie buduje indywidualny świat, którego cechą jest subtelna poetyka, wyrafinowanie kolorów i pewnego rodzaju nostalgia…

Nie wiem, czy argentyńska podróż odmieniła samą artystkę, ale niewątpliwie wpłynęła na Jej twórczość. Nie była to zmiana rewolucyjna, a jednak zobaczone w Patagonii lasy araukarii, lodowce, rdzawe, skaliste wybrzeże, wodospady zintensyfikowały kolor, okiełznały nieco światło, które rozbijało przestrzeń obrazów, pogłębiły penetrowanie bieli...
Biel w obrazach Martty Węg miała zawsze rozstrzygające właściwości, przebijała się spod transparentnych kolorów, nakładała impastami, na nią artystka rzucała refleksy...

Obrazy artystki, chociaż przypominają elegancją obrazy Watteau, nawiązują do tego nurtu, który reprezentował Hodler, Grien, a u nas Grzywacz...
Charakterystyczny dla obrazów Martty Węg jest spacer po ścieżkach, ale kobiety na tych ścieżkach nie przypominają rozbawionego towarzystwa z obrazów Watteau , ale świadome przemijania kobiety Hodlera ( Spojrzenie w wieczność), czy bardziej dosadne kobiety Griena ( Siedem wieków życia kobiety). Poruszamy się monotonnie po tych samych kręgach. Zataczamy błędne koła...

Argentyńskie tango wprowadziło do obrazów Martty mężczyznę. Przez lata był on w Jej twórczości (poza kilkoma przypadkami) nieobecny. Ale artystka ustawiła go w swoim porządku. Nie wnosi namiętności, ani zuchwałych rozwiązań problemów za pomocą noża...
Tańczące pary zachowują się jak na milongach w Berlinie, Londynie, Amsterdamie, a podobno i w Warszawie. Przychodzą tylko po to, żeby potańczyć. Każdy zostaje ze swoimi myślami, problemami, zamknięty w sobie.

Artystka ostentacyjnie staje się beznamiętną obserwatorką tańca, który jest wręcz wykładnią filozoficznego stoicyzmu, tego, co bezcielesne...
Jej interpretacja tanga przypomina to, co o tangu mówił cytowany powyżej nauczyciel tego tańca.

Martta ustawia tancerzy, podobnie jak inne postacie na swoich obrazach , jak reżyser, który poprzez aktorów chce powiedzieć (również sobie, a może przede wszystkim sobie) coś o świecie, swoim widzeniu rzeczywistości, wyrzucić z siebie kłębiące się myśli...
Jest to postawa tak konsekwentnie przeprowadzona od początku malarskiej twórczości Martty Węg, zarówno warsztatowo, jak również intelektualnie, że stanowi enklawę na bezkresnej przestrzeni wyścigów szczurów.

Andrzej Matynia