Dziś o 19-stej rozpoczynamy w Warszawie tydzień tangowy regularną practiką. Będę na niej obecny i czekam na Wasze pytania lub wątpliwości dotyczące tanga.
Practica jest po to, by powtarzać ruch. Każda nauka nowego materiału opiera się na wyrabianiu w sobie dobrych automatycznych nawyków - w przypadku tanga nawyków ruchowych. Wiele osób doskonale to rozumie i ćwiczy na practikach, lekcję traktując jako poszerzanie swojej wiedzy, a nie jako miejsce jej ostatecznego ugruntowania. Nie martwcie się, jeżeli podczas lekcji nowego materiału, czujecie, że opór materii jest bardzo silny i nie widać od razu efektów. Na to trzeba zawsze trochę czasu. Jeżeli po drugiej, trzeciej czy kolejnych lekcjach dalej stoicie "przed ścianą" , to najwyższy czas, by przyjść na practikę i spokojnie zastanowić się nad danym tematem i popróbować.
Na practice są nauczyciele lub zaawansowani tancerze. Od nich możecie spodziewać się porady, wskazówek. Czasem z boku o wiele lepiej widać, niż ze środka naszego ciała, gdy próbujemy nie tylko wykonać dany ruch, ale jednocześnie chcemy pamiętać jeszcze o wielu "tangowych" szczegółach (aha, i jeszcze trzeba oddychać...:)
Wtedy na practice trzeba podejść i zadać pytanie. Namawiam do tego i szczerze zachęcam. Sami niedługo odczujecie zmianę w waszym tańcu, co zachęci Was do dalszych kroków. Niestety, część osób przychodzi na lekcje, powiedzmy, że "bezrefleksyjnie", zdarza się, że takie osoby biorą udział w zajęciach bez żadnego zaangażowania, bezmyślnie wykonując ćwiczenia, jakby liczyli, że nauczyciel sam napełni ich doskonałym tańczeniem, tak jak butelkę napełnia się wodą. Nic z tego. Ta droga do niczego nie prowadzi i kończy się tym, że dany student tanga po kilku lekcjach, na których "zaliczył" swoją obecność, z zerową obecnością na practikach czy na milongach, kończy swoją "przygodę" z tangiem - gdy w rzeczywistości nigdy jej nawet nie rozpoczął.
Dlatego zawsze zachęcam tych, którzy myślą o tangu; przyjdźcie najpierw na milongę, popatrzcie na tańczących, na to co dzieje się podczas wieczoru, wyobraźcie sobie, co myślą i czują ci tańczący ludzie (a zaręczam, że to kosmos). Potem pomyślcie, ile czasu musieli poświęcić na ćwiczenia, lekcje i wiele różnych dookoła rzeczy, i wtedy jeżeli poczujecie, że chcecie, dopiero idźcie na kurs. Częśc z Was wytrwa kilka miesięcy i zrezygnuje rozczarowana brakiem postępów, choć ćwiczyli tylko raz w tygodiu na lekcji; część jednak przetrzyma i przejdzie te trudne i źmudne pierwsze kilka miesięcy, potem zacznie regularnie chodzić na milongi, nie bać się tańczyć, przepraszam, próbować tańczyć, a potem... a potem zacznie się szaleństwo tangowe, które was wciągnie znacznie głębiej niż tego się spodziewacie.
[tu mała dygresja do Pań, które przychodzą na kurs bez partnera i są zdziwione, że go nie mają. W tym pierwszym okresie nauki partner tak bardzo wam nie będzie potrzebny; wtedy uczymy się chodzić, stać, trzymać pion, równowagę, reagować, być wrażliwe na prowadzenie. Tu mało jest tańczenia jako takiego. Ale w tym drugim późniejszym okresie, jeżeli nie ma się przy sobie oddanego partnera tanecznego, który chce się rozwijać i poznawać tango, to wtedy jest bieda. Szukanie go na siłę byle kim, byle był, to półśrodki, które bardzo szybko rozwiewają złudzenia. Dlatego niekoniecznie warto zdać się tylko na łut szczęścia i może lepiej wcześniej pomyśleć o osobie, z którą przyjdzie nam się uczyć . Mam tu na myśli to, że uczysz się jednocześnie sama i jednocześnie razem ze swoim partnerem - czy dużo mieliście takich doświadczeń w życiu? Zaręczam, że nie, a być może kurs tanga jest takim właśnie pierwszym doświadczeniem - odpowiedzialnym współuczeniem się z drugą osobą. Dla wielu osób to mentalny szok i ogromna dawka zaskakujących sytuacji: chwil radości, szczęścia, ale i zwątpienia, kłótni, irytacji. I nic się nie da ukryć: jak ktoś jest drań i zimny głaz to od razu to z niego wyjdzie; jak ktoś się stara i troszczy o drugą osobę, pomaga, ROZMAWIA i SŁUCHA, to efekty przychodza niespodziewanie szybko i łatwiej ]
Bo tango to taniec wymagający: potrzeba nie tylko umiejętności ruchowych, muzycznych - potrzebna jest przede wszystkim empatia, szczere zaangażowanie się w taniec, to coś, co niektórzy tancerze nazywają sercem. Jeśli tańczysz tylko nogami, to nic nie tańczysz; jeżeli tańczysz sercem (tango corazon), to naprawdę jesteś w tangu z partnerem, i to to jest tango....
A tak na koniec a propos tematu uczenia się mała historyjka, która wydarzyła się kilka lat temu w Złotej. Rozpoczęła się niedzielna lekcja, na którą znany wszystkim sympatyczny Janusz nieco się spóźnił. Ponieważ tego dnia był sam bez Joasi i jednocześnie bardzo był zmęczony, więc szybko usiadł na kanapie i wkrótce zasnął. Grupa w tym czasie uczyła się jakiegoś nowego trudnego obrotu i szło to opornie. Gdy lekcja się skończyła, Janusz obudził się, pytając co robiliśmy. Ktoś z grupy pokazał mu kroki i w dwóch słowach wytłumaczył o co chodzi. Janusz poprosił jedną z partnerek, by spróbowała z nim ten obrót zatańczyć. Jakie było zdumienie wszystkich, którzy zostali na sali, gdy zobaczyli, że Janusz nie dość, że dobrze poprowadził do obrotu to i sam poprawnie zatańczył. Przecież przespał całą lekcję?!!!
Pamiętam, że sam byłem tym, co zobaczyłem zdumiony i dość ubawiony. Choć z drugiej strony, jak sobie przypomnę niektóre milongi, na których pojawia się taki odrealniony, jakby hipnotyczny nastrój, a ludzie tańczą jak w transie, jak odurzeni, kobiety z zamkniętymi oczami, mężczyźni niewiarygodnie sprawnie (intuicyjnie)manewrujący między innymi parami o centymetry mijając się z nimi, to wtedy wydaje mi się, że jest w tym coś podobnego do snu... snu o tango corazon.
Jakub Milonga