Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Milongowe imieniny

Fotorelacja z niedzielnej milongi imieninowej dwóch Sylwii

 

zobacz minifotogalerię  

4 listopada w kameralnym gronie świętowaliśmy na niedzielej  milondze imieniny dwóch Sylwii. Nie obyło się bez niespodziankowego setu odbijanych tang, słodkiego tortu i szampana.

Do zobaczenia w niedzielę.

 


 

  

Niedzielna milonga 7 października

Ogród Krasińskich - wieczór

Na niedzielnej milondze po raz kolejny z rzędu wszystkie panie miały z kim tańczyć - było więcej mężczyzn niż kobiet. Sytuacja idealna i pozytywnie zachęcająca. Zabawa skończyła się po północy, a tancerze  ostatnich tand byli prawie cały czas nagradzani gromkimi brawami przez odpoczywających przy stolikach.

To idealna sytuacja, gdy na kameralnej 30-40 osobowej milondze wszyscy goście wieczoru tańczą na parkiecie, gdy stoliki przez wiele tand stoją puste i są nikomu niepotrzebne. Gdy nikt nie patrzy na tańczących, bo wszyscy są tańczącymi, gdy nikt nie komentuje ich tańca, bo wszyscy go właśnie tworzą, wtedy właśnie rodzi się bardzo intymna, prawdziwie taneczne atmosfera. Ostatnio to właśnie niedzielne milongi  lubię najbardziej. Dlatego, że są na końcu tygodnia, że są nieco krótsze od czwartkowych i sobotnich, dlatego że nie ma nich widzów, że przychodzą na nie ci, którzy naprawdę  lubią tańczyć tango, i którzy z tańca czerpią przyjemność.

Do zobaczenia...


  

Niedzielny wieczór w Złotej Milondze

czas akcji: 23 września godz 21:00 i później

 

Od milongi festiwalowej, gdy w niedzielę bawiliśmy się do 4-ej nad ranem minęły już 3 tygodnie. Powoli wracają z wakacji tangueros i klubowicze, co chwila wpada na milongę też ktoś nieoczekiwany. Tym razem spokojny i zmierzchowy (koniec weekendu) klimat niedzielnej milongi zeenergetyzowała silna grupa niejakiego Pawła, który wpadł do Warszawy na kilka dni i swoim tańcem całkowicie rozbudził koniec niedzielnej milongi. Gdy na parkiecie pozostało już niewiele par, każdy taniec popis Pawła był nagradzany brawami. Rozluźnieni i zmęczeni tańcem patrzyliśmy na jego popisy, a że jego partnerką była nasza wspaniała Beatka, więc uczta dla oka była nie lada: wspaniałe widowisko, pełne wigoru i tangowych żartów, taniec, dla którego warto pozostać do końca millongi.  

Każdy kto już nie raz był i tańczył na całej milondze wie, że specyficzny nastrój do tańca pojawia się wtedy, gdy zmęczeni wielogodzinnym tańcem powoli zaczynamy myśleć o powrocie do domu i nagle odkrywamy, że te najlepsze "klimatyczne" tanga właśnie dopiero teraz się rozpoczynają, że najlepsi partnerzy/partnerki, teraz dopiero zaczynają z nami tańczyć, a w naszym tangu odkrywamy jakąś nową siłę i o wiele więcej radości i przyjemności niż się sami tego spodziewaliśmy. Wszystko wokół i w samym tangu zaczyna stawać się harmonijne, muzyka wyrazistsza, jesteśmy bardziej rozluźnieni.  Zdarza się to dość często: zdarzyło się w niedzielę na milondze festiwalowej, gdy po drugiej nad ranem zaproszone pary nauczycieli dały improwizowane pokazy dla wielu widzów  znacznie lepsze od tych oficjalnych sobotnich, a w tę niedzielę, gdy dla grupki kilku najwytrwalszych tangueros, zaszalał Paweł. Z całą pewnością Beata będzie miała w tym względzie więcej do powiedzenia o nim niż ja, który poza jego imieniem nic więcej nie wie.

Takie momenty jak ten są zaskakującymi niespodziankami na koniec wieczoru, prezentem dla najwytrwalszych milongowiczów. Dla nich warto poczekać do ostatniego utworu na milondze, a czasem nawet trochę dłużej. PS: Paweł jak będziesz następnym razem w Warszawie, to zajrzyj do nas znowu. Do zobaczenia w niedzielę.

O innych milongach czytaj