Wczoraj w czwartek byłem na milondze w Krakowie u Asi i Szymona. I spędziłem miły wieczór w towarzystwie Krakusów. Muza była ładna, klasyka wymieszana z electronico i alternatywnymi walcami (ciekawe). Nie zabrakło Carlosa di Sarliego (klasyk zawsze obowiązkowy na każdej tradycyjnej milondze) - ładna tanda, czy Color Tango (trudniejszy 4 utwór w tandzie) albo uroczych milong.
Lokal znajduje się w knajpce na Kazimierzu na ulicy Wąskiej. Trudno trafić, bo informacyjne strony internetowe podają niestety, że czwartkowa milonga tego dnia odbywa się w innym miejscu. Ale jakoś udało mi się dotrzeć.
Miejsce małe, parkiet na kilka par, ale za to miła atmosfera - dzięki gospodarzom milongi Asi i Szymonowi. W ten czwartek nie było dużo osób, bo to czwartek świąteczny i cały Kraków zamknął się w swoich prywatnych domach. Może dzięki temu miałem okazję zatańczyć niemal z wszystkimi dziewczynami i bawić się z nimi bardzo dobrze.
Czego wszystkim na każdej milondze życzę.
Do zobaczenia
Jakub Milonga
***
PS: Niestety okazało się, że jestem osobą niepełnosprawną. Przyzwyczajony do dużego parkietu w Złotej, musiałem ruchowo ograniczyć się do przestrzeni, którą oferował nam parkiet Calmu. Kraków słynie zresztą z tego, że wiele obecnych lub poprzednich milong działo się na niższych poziomach lokali, więc tak naprawdę to ściany lokalu wyznaczały przestrzeń parkietu. Drugą ciekawą obserwacją było to, że byłem najstarszy na milondze, choć sędziwy jeszcze nie jestem. W trakcie wieczoru uciąłem sobie pogawędkę z miłą dziewczyną, która tańczy od października. Przyznała się, że dopóki chodziła tylko na kursy, tango nie było bardzo wciągające, i dopiero od momentu, gdy zaczęła regularnie chodzić na milongi, wszystko zmieniło się na lepsze. Oczywiście i niestety najpierw na tych milongach przesiedziała swoje, by potem zacząć tańczyć. Tańczyło mi się z nią dobrze i dlatego z dużą ciekawością słuchałem tego, co miała do powiedzenia o warszawskich milongach.
I tu zaczyna się naprawdę ciekawie. Dziewczyna nie wiedziała, że prowadzę Złotą i powiedziała to, co myśli. Niestety, nam Warszawiakom, dostało się. Z perspektywy Krakowa ( i innych polskich miast, bo jest to zjawisko ogólnopolskie) warszawskie milongi jawią się jako mało przyjazne, drętwe, sztywne, na których lokalni mężczyźni nie proszą przyjezdnych dziewczyn. Moja rozmówczyni wprawdzie nie była nigdy na żadnej warszawskiej milondze i swoją wiedzę brała głównie z różnego rodzaju wpisów na małoprzyjaznych forach internetowych, gdzie często i głównie wypowiadają się nie ci co mają coś do powiedzenia, ale ci, którzy mają potrzebę mówienia, ale mimo to, w jej słowach było dużo prawdy.
Bo faktem jest, że warszawskie milongi są inne od polskich. Bierze się to stąd, że mamy ich w Warszawie już około 10, że środowisko jest pewnie większe niż pozostałe polskie wzięte w jedną całość, że skupiamy się na tych naszych milongach przede wszystkim na sobie. Po drugie, niektóre milongi w Warszawie mają naprawdę duże sale. Powoduje to, że nie sposób spędzać milongowego wieczoru razem z wszystkimi uczestnikami milongi, bo jest ich za dużo, bo przy twoim stoliku siedzi może kilka, kilkanaście osób, a cała reszta znajduje się po drugiej stronie sali. Dlatego też cabaceo lepiej działa i ma większy sens (bo odległość), niż w Krakowie, gdzie wszyscy siedzą przy jednym czy trzech stolikach i proszą się do tańca " z łapanki".
"Łapanka" zresztą powoduje to, że kontakt między tancerzami jest mniej formalny i bardziej luźny. Dobrze, gdy do tańca prosi nas tancerz, z którym lubimy tańczyć. Gorzej, gdy jest nim namolny natręt, od którego partnerka ucieka. W tym wypadku cabaceo jest wybawieniem, a "łapanka" przekleństwem. Niestety lub stety w "cabaceo" mamy innego rodzaju nawiązania kontaktu: bez słów, oczami, z wyraźnym udziałem kobiety, która wcześniej musiała spojrzeć na mężczyznę i nijako go sobie wybrać. Tu mężczyzna "nie bierze" sobie tak po prostu kobiety. Nie wyrywa jej na parkiet; musi poczekać aż ona spojrzy na niego. Z jednej strony fascynująca gra, z drugiej, dla wielu pewnie l - niepotrzebne zawracanie sobie głowy bzdurami. Można o tym myśleć, co się chce, ale uwierzcie mi, że nie ma nic lepszego i na dłuższy okres w rozwiniętych społecznościach tangowych, to genialna rzecz.
Niestety prawdą jest, że warszawscy mężczyźni nie proszą do tańca przyjezdnych dziewczyn. Myślę, że nie są ciekawi nowych partnerek i bezpiecznie wolą tańczyć ze swoimi ulubionymi. To jest smutny fakt. Usprawiedliwieniem tej sytuacji jest to, że w Warszawie jest bardzo dużo zarówno osób początkujących, jak i dużo osób średniozaawansowanych, i całkiem sporo zaawansowanych tancerzy. Każdy znajdzie na swoim poziomie wielu potencjalnych partnerów i rzadko kiedy ma ochotę tańczyć z osobą krócej od siebie tańczącą (jeżeli tańczysz od 3-5 lat i na sali masz kilkunastu partnerów na tym poziomie, to znacznie mniej chętnie spojrzysz na taką osobę, która jest na milondze 2-gi, 3 czy 8 raz). Tego nie zmienimy, bo taka jest natura ludzka. W Krakowie czy w innych ośrodkach pewnie jest tak, że na milondze tańczy średnio 20-30 osób, więc przez cały wieczór jet ogromne prawdopodobieństwo, że zatańczą wszyscy ze wszystkimi - nawet najlepszy tancerz z najbardziej początkującym. W Wwie na dużej milondze nie ma na to szans. Już prawie nie pamiętam tej milongi, gdy z Igorem przez jeden wieczór poprosiliśmy do tańca - każdy oddzielnie - prawie po 40 partnerek (40 tand). Tak nikt nie tańczy. Na ogół męźczyzni tańczą z 5-10 kobietami. I vice versa.
Niestety prawdą też jest to, że niektóre milongi są sztywne lub słabe. Nie zrozumcie mnie źle. Mam tu na myśli nie miejsca tylko niektóre wieczory. Nawet w Złotej (niech zacznę od siebie, żebyście znów opacznie czegoś nie zrozumieli i potem "czepiali" się na hp) zdarzają się takie wieczory, gdy jest po prostu tak sobie; muzyka nie ta, partner nie ten, i jakby bez klimatu. Na szczęście jest tak rzadko. Co pomaga, by wieczór był udany lub przynajmniej, by szanse na to były duże:
1. gospodarz milongi (musi być na milondze - ciałem i duchem)
2. dobra muzyka - różnorodna, głośno zagrana
oraz
3. ochota do tańca (panie to wy jesteście dla nas inspiracją do tańca).
Dalszymi elementami są na pewno właściwe oświetlenie sali, dobrze zaopatrzony bar, miejsce poza parkietem, gdzie można usiąść i pogadać, czyste i przyjazne łazienki, miła obsługa lokalu itd., itp.
Jest taka stara zasada: na milongach tańcz zawsze ze swoją stałą partnerką, z własną kobietą tańcz najwięcej. Ale nie zapominaj o paniach, które często widujesz. I na pewno zawsze ale to zawsze zatańcz z jakąś nową partnerką - początkującą i obcą, która przyjechała z innej milongi, czy z nauczycielką lub najlepszą tancerką milongi (ale wówczas koniecznie używaj cabaceo).
Wtedy dopiero stajesz się prawdziwym milonguero.
Zachęcam też panów i stałych bywalców danej milongi, by w trakcie milongowego wieczoru "wprowadzali" nowych gości do danego środowiska. Żebyście przedstawiali swoich nowych kolegów osobom dobrze zżytym ze środowiskiem czy też tworzącym jego trzon. Gdy w BsAs pojechałem pierwszy raz do Sunderland Clubu, od razu na sali wypatrzył mnie Miguel Angel Pla i zanim zatańczyłem pierwszą tandę momentalnie WSZYSTKIM przedstawił. To nie tylko było miłe ale i ważne, bo nagle przestawałem być nikim, obcym, i stałem się dla tubylców osobą nieco bardziej znaną, z którą można zatańczyć - jeżeli rozumiecie te niuanse. I tak też trzeba robić: przedstawiać się, zapraszać do swoich stolików, a wy - początkujący, raczkujący - nie bać się, być śmialymi, otwartymi osobami na tango, jego środowisko, poszczególnych ludzi, i wyrabiać sobie własne zdanie na podstawie osobistych obserwacji i rozmów z ludzmi, a nie powtarzać jakieś utarte i samemu nie zweryfikowane opinie na temat miejsc i osób.
Przedstawiajcie się nawzajem, nowych starym, starych nowym, zapraszajcie się do stolików, wymieniajcie emailami, wciągajcie do rozmów, obserwujcie, słuchajcie, zarażajcie dobrą energią, pozytywnymi myślami, radością, wspomnianą wcześniej ochotą do tańca i do wspólnego bycia, jeżeli umiejętności taneczne jeszcze je te.
Z kolei my bardziej doświadczeni w środowisku musimy jednak pamiętać też o tym, że nie każda nowa osoba jest otwarta i odważna. Że na ogół potrzebuje trochę czasu, by dobrze się poczuć i dać milondze swoją energię. Że potrzebuje trochę empatii ze strony milongi, by się odważyć i wejść na parkiet, zatańczyć i ze strachu czy zdrżenia ciała od razu z niego nie uciec (znam taką parę studentów w Złotej, którzy przychodzą już od pewnego czasu na milongi, stają w wejściu i tylko patrzą na tańczących. A pamiętacie, przez ile miesięcy prezes przychodził na milongi na Chłodną, zanim zaczął tańczyć? Kto pamięta?)
Panowie, jak już tańczycie z początkującą dziewczyną, to nigdy ale to przenigdy nie mówcie jej przykrych czy cierpkich uwag! Nie komentujcie jej umiejętności, czy też braku ich. Na początku niezmiernie łatwo zrazić taką osobę nawet jednym zbyt szybko powiedzianym słowem. Lepiej już pochwalcie coś co zrobiła poprawnie, albo powiedzcie, że ładnie wygląda lub coś w tym stylu - wiadomo.
A jak nic już nie możecie pozytywnego wymyślić, to chociaż uśmiechnijcie się do niej promiennie i po przyjacielsku odprowadźcie po tańcu do stolika, a żegnając się rzućcie milym "dziękuję". Gwarantuję, że to najlepiej działa i nieraz uskrzydla... :)
Wesołych Świąt
JM