Nie chodzę od roku na milongi, bo uważam, że za mało umiem.
Nie proszę do tańca lub odmawiam, gdy mnie proszą.
Chodzę tylko wtedy na milongi, gdy już naprawdę muszę.
Nie pamiętam, czego nauczyłem się na ostatniej lekcji.
Nie słyszę rytmu i nie przeszkadza mi to zupełnie w tańcu.
Mam problemy z równowagą – ze swoją oczywiście.
Nie łączę w tangu kostek i wcale tego nie zauważam.
Uwielbiam tańczyć na środku sali lub pod prąd.
Nie wiem, co to jest cortina.
Uważam, że tańczenie w bliskim trzymaniu jest trudne. Więcej, uważam, że to po prostu niemożliwe.
Depczę nogi partnerki/ra i wiem, że to nieuniknione, bo jestem przypadkiem nieuleczalnym.
Tańczę i nie czuję przyjemności, bo myślenie o wykonywanej figurze i postawie całkowicie mnie pochłania.
Garbię się w tańcu lub „kładę” się na partnera/kę – chodzi naturalnie o pionowy rodzaj kładzenia się.
Uważam, że jestem świetny i nigdy nie przeżyłem zwątpienia w swoje taneczne umiejętności.
Uważam, że dobrze tańczyć tango można nauczyć się w ciągu ….. (tu wstaw dowolną ilość miesięcy albo lat).
Ważniejsze są dla mnie figury i sekwencje niż emocje, które rodzą się podczas tańca. (Jak nauczyć się improwizować w tangu?!)
Tańczę "sam" i tylko dla siebie, a partner/ka generalnie mi przeszkadza.
Nie słucham muzyki podczas tańca i nie staram się jej interpretować swoim ciałem i ruchem.
Tańczę tylko ze swoją partnerką/rem.
Nie rozumiem, że mężczyźni muszą uczyć się 3 razy więcej i 3 razy dłużej niż kobiety.
Uważam, że to może być ostatni lub przedostatni punkt opisujący osobę początkującą.
Patrząc na wieloletnich tancerzy codziennie dochodzę do wniosku, że tanga po prostu nie da się nauczyć.