Już za kilka godzin w Złotej o 21-ej kolejna odsłona tango nuevo. Czwartek to dzień, gdy muzyka z tradycyjnej przemienia się w europejski melanż róznych stylów i gustów. Hołdujemy zasadzie, że na naszych czwartkowych milongach nuevo w nurcie modrn dominuje dobre elektroniczne tangonuevo; rzadziej sięgamy po muzykę alternatywną i jest ona domena bardziej innych DJ-ów grających w Złotej niż moją.
To moja pierwsza milonga w Złotej po powrocie z Włoch (byłem też w niedzielę, ale tak wymęczony jeszcze naszą powrotną podróżą, że nie wiele pamiętam, choć dwie tandy z Kasią i Anią utkwiły mi w głowie - aha, tym razem na niedzielnej milondze było mniej pań!) i naprawdę jestem stęskniony widoku niektórych osób zaglądających do Złotej. Z częścią widziałem się już na zajęciach, ale strasznie się ucieszę, jak zobaczę też i innych, z panów zwłaszcza Jacka, który przez cały ostatni tydzień rządził Złotą.
Do zobaczenia
Jakub Milonga
***
Na milondze
Ciekawą anegdotkę usłyszałem od mojej ulubionej partnerki, która ostatnio bawiła w Stanach Zjednoczonych i zaliczyła kilka milong w NY i Waszyngtonie. Najpierw spostrzeżenie, że poziom w NY jest lepszy niż w W, co nie dziwi (choc nie wszyscy w NY znają Luisa czy Neya), druga to ta, że poziom wieku zdecydowanie wyższy niż w Polsce, a przez poziom umiejętności o dziwo słabszy niż w Warszawie (zresztą osoby, któe podróżują po tangowym swiatku, to wiedzą doskonale, że Warszawa na tle innych miast tanga radzi sobie na świecie wyśmienicie i nie mamy się czego wstydzić, a już na pewno nie naszych milong).
Nasza warszawska tanguera wybrała się na amerykańską milongę. Jakiś czas zajęło jej, by lokalni tancerze przekonali się, że umie tańczyć. Nie jest to dla kobiet łatwe, bo pierwszymi panami, którzy proszą na ogół nieznajome do tańca nie są najlepsi wymiatacze tubylczego parkieciku, tylko przeważnie osoby, które nie mają skrupułów. Taniec z nimi nie należy (znów) na ogół do przyjemnych czy porywajacych, ale naszej tanguerze udało się to jakoś przebrnąć tak, że po 20 minutach kolejka oczekujących do tańca z nią wydłużyła się do kilkunastu panów. Reguły oczekiwania są znane: czekamy na koniec tandy i albo frontalny niemiecki atak "a nuż się uda" albo cabaceo (odsyłam do poprzedniego tekstu). Strategie znane powszechnie wszystkim panom i skutecznie używane.
Jakież było zdziwienie naszej tanguery, gdy jeden z panów zastosował inny pomysł: taktykę na przechwyt. Polegała ona na tym, że przez całą tandę, którą nasza tanguera tańczyła z innym parnterem, szedł obok nich wokół sali, mniej lub bardziej dyskretnie towarzysząc im pomiędzy utworami, czekając na moment dogodny "do przechwycenia". Tanda była klasyczna (4t), więc trwała długo i nasz TAND-eciarz naszedł się w niej całkiem sporo nic swoją wytrwałością nie wskórawszy. Jeden zero dla cabaceo. Przyznam się, że nigdy czegoś takiego nie widziałem. Zabawne, ale prosimy nie powtarzać.
Dalszy ciąg milongi był już typowy i obfitował w przyjemny taniec.
Bardzo często na milongach spotykam taką oto scenę. Na parkiet wchodzi para i ich taniec pozytywnie odbiega stylem i elegancją o lata świetlne od całej reszty. Dzieje się tak na każdej milondze. Zawsze jest taka para, która swoim tańcem przykuwa uwagę innych i choćbyś był ślepcem, to ją będziesz widział najintensywniej na parkiecie. Swojego czasu sam uległem magii tanga, widząc coś takiego dawno temu na milondze; nie dawno znajomy tanguero z Gdańska opowiadał mi jak był na milondze w Paryżu i wpadł na sam początek jakiejś zapyziałej milongi na przedmieściach miasta. Na parkiecie było może dwie, trzy pary. Długo przecierał oczy ze zdumienia, gdy jedna z nich zaczęła tak tańczyć tak, jak w Polsce nikt jeszcze nie zatańczył. Gdańsczanin był osłupiały: wiadomo, że najlepsi tańcerze przychodzą dopiero w drugiej połowie milongi. Jeżeli jakaś para na jej początku tańczy na poziomie mistrzowskim, to co może dziać się dalej, w drugiej części wieczoru? Zdziwienie, niemoc wyjścia na parkiet i ciekawość walczyły przez wiele and, aż w końcu - ufff! - okazało się, że to jednak lokalna najlepsza para (nauczyciele).
Takie pary podziwiamy, ale na ogół panów paraliżuje strach przed zatańczeniem z taką kobietą. panie może i by chciały zatańczyć z takim tanguero, ale niestety gdy już do tego dochodzi czasem emocje biorą górę i całe nasze ciało zaczyna się trząść, a przez to tracimy i radość z tańca. Sam to przeżywałem będąc po jednej jak i po drugiej stronie. Widokiem do znudzenia powtarzajacym się na milongach festiwalowych jest to, że nauczycielki siedzą przez nikogo nieproszone do tańca. Parnterom pocżatkującym nie dziwię się. OK. macie czas i kiedyś nadejdzie ten moment, że będzie jakoś łatwiej podejść i poprosić. Ale dobrzy, doświadczeni tangueros? Dlaczego oni nie chcą zatańczyć? Okazuje się, że i z tego samego powodu: obawy przez rozczarowaniem. I z obawy przed odmową. Przyznaję się bez bicia, że w moim doświadczeniu tangowym panie wielokrotnie odmawiały mi tańca i dlatego kocham cabaeo, bo daje ono możliwość przyjemnego wybrnięcia z sytuacji, gdy jedna ze stron nie ma w danej chwili ochoty na taniec.
Odmowy w tańcu i męska chęć zdobycia kobiety w tańcu bez użycia siły to smaki i niuanse milongi, to gra, która toczy się przed wejściem na parkiet. Podczas ostatniego pobytu w BsAs będą w Salon Canning przez wiele godzin prosiłem do tańca partnerkę El Flaco, w trakcie których Argentynka widząc moje oczy, uciekała spojrzeniem w drugi kąt sali. W końcu udało się, choć historia miała drugie, znacznie ciekawsze dno, ale o nim może kiedy indziej.
Wierzę, że niepodwarzalną prawdą jest stwierdzenie, że każdy na milondze może zatańczyć z każdym. Partner może poprosić i uda mu się zatańczyć z każdą partnerką; kobieta swoim spojrzeniem, byciem na milondze i tańczeniem z innymi, może spowodować, że wybrany przez nią partner poprosi ją do tańca. To cudowna gra, która toczy się cały czas na każdej milondze. Ona daje nam energię, chęć, zapał i życie.