Mapa serwisu
Jesteś tutaj:

Relacja z festiwalu z Berlina

maj 2010 

Razem z wspaniałymi tangerami  z Warszawy byliśmy w ostatni weekend na berlińskim festiwalu tanga. Nie był to mój pierwszy (ani też ostatni) wyjazd na tango do Berlina.

Wyjechaliśmy z Warszawy pociągiem w piątek rano i po południu zameldowaliśmy się w tanim hoteliku "36 rooms". Nazwa wyjaśniała wszystko. Odpoczęliśmy po podróży i wieczorem wyszliśmy coś zjeść do pobliskiej knajpki. Mieszkaliśmy w dzielnicy należącej niegdyś do DDR i wszyscy stwierdziliśmy, że był to doskonały wybór. Tuż obok naszego hotelu przy Wiener Strasse było mnóstwo knajpek i tanich restauracyjek oferujących jedzenie chyba z wszystkich kontynentów i regionów. Cenowo niewiele droższe niż w Warszawie, choć oczywiście w euro.

Ponieważ bilety na berlińskie milongi kupiliśmy odpowiednio wcześniej przez internet, nie spieszyliśmy się na pierwszy wieczór. Na wieczorną milongę, która odbywała się tradycyjnie w piątek w Ratuszu dotarliśmy dopiero po 23. Sala była pełna, grał zespół na żywo, przejście przez salę na drugą stronę zajęło nam pół godziny, ale opłaciło się, bo spotkaliśmy przyjacił ze Szczecina Krzyśka i Asię i mogliśmy się do nich dosiąść. Byli też nasi przyjaciele z Hanoveru Ania i Uve.

W Berlinie nie ma rezerwcji stolików, więc jeżeli ktoś chce na pewno mieć stolik musi przyjść wcześniej. Jeżeli nie umiesz lub nie lubisz tańczyć w tłoku to masz pecha na wieczornych milongach, bo tylko na samym początku i pod koniec milongi jest trochę wolnego miejsca. Nawet gdy grają milongi parkiet luzuje się tylko nieznacznie (bo w sali jest ciągle z 600 albo i więcej ludzi). Co się działo na milongach popołudniowych i porannych! (milongach, które rozpoczynały się po zakończeniu milong wieczornych czyli o 4:30 nad ranem) to nie wiem, bo takim tagnoholikiem nie jestem. Może ktoś był, to opowie.

Na piątkowych pokazach tańczyli najpierw Pablo i Noelia. Bardzo ładny mistrzowski pokaz. Energetyczna muzyka, milion kroczków, na każdy kroczek Noelii, Pablo odpowiadał dwoma albo i więcej swoimi. Taniec, który swoją szybkością osobę niewytrenowaną zabija atakiem serca po 15 sekundach. Noelia pięknie wyglądała i pięknie machała nogami boleos, chwilami miałem wrażenie, że one za moment jej odlecą. Po pokazie chciałem z nią zatańczyć jak odpocznie, ale pechozol - gdzieś zniknęła. Z całą pewnością ich show to miód dla młodych i energetycznych tancerzy lubiących w tańcu "pobawić się" kroczkami, gdzie machają i nogi i ręce. 

Drugą parą byli tego wieczoru  Adrian i Alejandra. Zatańczyli bardzo ładnie swoje choreografię do zupełnie innej niż PiN muzyki. Nuevo plus ekstrawagancje i niezwykłe wygimnastykowanie pięknej Alejandry. Ich ostatni 4-ty taniec dostał już burzę oklasków. Był nawet zaskakujący.

Dla osoby, która pierwszy raz w swoim życiu widzi występy takich par jak powyższe, ich show może być szokiem, po którym przez 5  godzin człowiek na przykład nie mówi, nie może wstać z krzesła,  ma zaburzone czynności fizjologiczne, percepcyjne, kojarzeniowe, etc., a po powrocie do domu bierze urlop z pracy, nie śpi przez tydzień i "czesze" wszystkie filmiki na youtubie.

Sala Ratusza jest nieco podobna do warszawskiej sali na Czackiego. Była bardzo dobrze oświetlona ciepłym światłem i pomimo tłoku i ceny wstępu 22 euro, było naprawdę OK.

Co do muzyki powiem krótko - muza była genialna (hity).

W sobotę milonga odbyła się w czymś dziwnym, ciemnym i dusznym. Zagrało norweskie Electroquotango, które fajnie się słucha lecz nie tańczy. Lider EqT w przerwach między kolejnymi bardzo nuevo kawałkami starał się opowiadać dowcipy, ale były to niestety dowcipy norweskie.

W sobotę zatańczyły też dwie pary. Pierwsza na oko miała razem z 200 lat. Nie znam tej pary, ich występ i udział w festiwalu autentycznie mi się podobał i widziałem w nim sens, bo tradycja, choć fizyczne możliwości obojga (zwłaszcza partnerki) z racji wieku były nieduże. Widywałem na parkietach Buenos znacznie starsze pary, ale one nie tańczyły już występów, tylko "były razem" w tangu. Zresztą były to urocze godne pozazdroszczenia widoczki.

Po nich zatańczyli Esteban i Claudia. Więcej było muzyki tradycyjnej, spokojnej, ich taniec w porównaniu z parami piątkowymi był też bardziej spokojny, piękna praca stóp, dużo czasu dla widzów do "delektowania się" momentami, czego nie zawsze wystarczało u PiN z racji obłędnej szybkości. Tuteż jak i u poprzednich par dużo choreografii, choć dwa utwory zatańczyli jako impro. Bardzo ładne - tempo tańca, styl "bycia" na parkiecie, muzyczność, a rozwiązania klasycznych figur bardzo praktyczne. Taniec, który miło się ogląda, i który chce się samemu tańczyć. Nieprzekombinowany.

Sobotnia muzyka była też bardzo dobra, choć nie tak boska jak piątkowa bo DJ zbyt często - jak dla mnie - puszczał trzeszczące nagrania (one - jeżeli w ogóle - lepiej sprawdzają się na małych cotygodniowych milongach).

W niedzielę był koncert, na który nie poszliśmy, gdzie tańczyły trzy pary. Na milondze były jakieś występy, ale o nich nie będę pisał, bo nie zrozumiałem po co w ogóle były. Czymś za to absolutnie niezwykłym na niedzielnej milondze był występ siwiutkiego jak gołąb Alberto Podesty, który wszedł na scenę i zaśpiewał "Percal" a potem jeszcze kilka utworów. Jeżeli jesteście na milondze i tańczycie utwór, w którym słychać męski śpiew, i który Wam się naprawdę podoba, to z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że to jest utwór Podesty. W jego głosie można się zakochać. Słuchając jego utwory mężczyźni uczący się tanga mogą chyba lepiej zrozumieć zdanie mówiące, że tango można tańczyć do linii melodycznej wyznaczanej przez głos śpiewaka.

Alberto Podesta jest jednym z najsłynniejszych śpiewaków Złotej Ery, dzisiaj już dobrze po 80-tce.

Niedzielna milonga odbywała się w teatrze na trzech jednocześnie salach, a raczej 2 salach i teatralnym kamiennym holu. Miałem wrażenie, że wszystkim to się podobało - mnie nie, bo musiałem biegać za partnerkami od jednego miejsca do drugiego i nigdy nie wiedziałem, gdzie kto jest. Ok, ktoś powie, to tylko logistyka i można się przyzwyczaić. Dobrym pomysłem było to, że na jednej sali i holu tańczyło się do jednej muzyki, a na drugiej salce do innej. Można było to jeszcze bardziej zróżnicować i dać trzy róźne muzyki. Muza była tradycyjna - bardzo dobra. BEZ EKSPERYMENTÓW.

Ciekawe rozwiązanie widziałem kiedyś w Berlinie i w Wuppertalu, gdy festiwalowa milonga działa się jednocześnie na dwóch sąsiadujących dużych salach: na jednej było tradycyjnie, na drugiej bardzo nuevo. Można było przechodzić z jednej sali do drugiej; a część osób bawiła się tylko na jednej sali.

 

W trakcie naszego pobytu w Berlinie zwiedziliśmy także miasto. Była piękna pogoda i udało nam się turystycznie zaliczyć kilka klasyków. W przeciwieństwie do Warszawy  to miasto żyje nocą. O piątej nad ranem codziennie gdy wracaliśmy z milong widziałem na ulicach tłumy, setki osób poruszających się z jednej imprezy na drugą. Życie nocne nie kończyło się o 5ej, ono trwało i trwało dalej.

W Berlinie ogromna liczba ludzi wszędzie na ulicach pije piwo. Nikomu to nie przeszkadza, ale jest porządek, spokój, nikt nikogo ani na chodniku ani w metrze nie zaczepia. Ech, to jednak Niemcy. No i metro - wolność szybkiego i taniego poruszania się z biletem po całym mieście o każdej porze doby.  Rozmarzyliśmy się, bo było bardzo sympatycznie i przeżyliśmy wiele, ale to wiele przyjemnych momentów. Wracamy za rok. Warto.

Co do warsztatów, słyszałem różne opinie - jak to zwykle przeciwstawne i jak zwykle podobne. Nie byłem na żadnym, bo wybrałem spacer po mieście, którego stałym laitmotivem były pingwiny, ale to opowieść na inną okazję. Poznałem bardzo wielu - jak zwykle na festiwalu - uroczych i miłych tangueros z całej Europy; tym razem nie udało mi się zatańczyć z żadną z gwiazd festiwalu, ale wpadłem za to m.in. na jedną boską Greczynkę; po raz kolejny ze zdumieniem pooglądałem sobie, jak agresywnie potrafią partnerki wymuszać na mężczyznach proszenie do tanga (w tym temacie na naszych milongach to wieje nudą); popatrzyłem na obecną modę i na koniec bardzo się zdziwiłem, bo z tej dużej Warszawy przyjechało na festiwal tylko 6 osób. Było kilka osób ze Szczecina (2 godziny jazdy) i to tyle, chyba nikogo z Polski z innym miast, kogo znam choćby z widzenia.

Kochani, ruszcie się. Opowieści i filmowe relacje z youtuba nie oddają nawet połowy (dosłownie) tego co widać i czuć na żywo. Przekonałem się o tym po raz kolejny gdy oglądałem te wszystkie piękne festiwalowe na youtubie w domu na komputerze. Teraz wyglądały tylko ładnie. A Tango warto przeżywać tylko na żywo a nie przed ekranem monitora.

Jakub Milonga